menu

Za Kaką za Ocean: debiut "Ricky'ego" i Orlando City w MLS

13 marca 2015, 19:16 | Szymon Janczyk

Każdy z nas ma swojego piłkarskiego idola z młodości. Dla jednych będzie to Denis Bergkamp, dla innych Thierry Henry, a jeszcze dla innych Ronaldo, czy Rivaldo. Ja mogłem podziwiać wiele gwiazd, Szewczenkę, Crespo, Rooney'a, Giggsa... Mimo całej plejady moją uwagę zwrócił jeden młody chłopak - Ricardo Kaka. Co w nim widziałem? Nie wiem. Naprawdę, nie mam pojęcia. Lepiej znałem się na chipsach niż na futbolu, o którym jakiekolwiek informacje czerpałem z telegazety i... Bravo Sportu. Trzeba przyznać, że nie było to zbyt dobre źródło do bycia wytrawnym koneserem tego sportu. Co tydzień czekałem jednak na mecz Milanu w publicznej telewizji i szukałem w nim wzrokiem koszulki z numerem 22. A dziś...

Dziś zmieniło się praktycznie wszystko. Bravo Sport zamieniłem na Przegląd, Piłkę Nożną i oczywiście liczne strony internetowe. Śmiało mogę też powiedzieć, że czipsy i futbol zamieniły się ze sobą miejscami, ale jedno pozostaje niezmienne. Czekam na każdy mecz Kaki, mimo że jest już u schyłku kariery i dawny blask zostawił gdzieś na ławce w Realu Madryt, lub w którymś z gabinetów lekarskich. W oglądaniu "Ricky'ego" nie przeszkodziła mi nawet bariera czasowa pomiędzy USA, a Polską. Tak jak kiedyś sprawił, że zadurzyłem się w Milanie, tak dziś ciągnie mnie za sobą do Orlando City, by obserwować jak powstaje klub o naprawdę dużym potencjale. Odkąd dowiedziałem się, że Kaka przeniesie się do Lwów mocniej zainteresowałem się "soccerem". Oczywiście obejrzenie kilku spotkań OCSC w USL Pro (3. liga amerykańska) w ostatecznych rozrachunku dało mi niewiele, bo prawie cały skład przed startem rozgrywek MLS został wymieniony na nowy, mogący konkurować na poziomie ekstraklasy, ale w międzyczasie podglądałem również nowych rywali zespołu z południa kraju. Niecały tydzień po premierowym występie i kilka godzin przed pierwszym wyjazdowym spotkaniem mogę z czystym sumieniem uporządkować notatki i przybliżyć wam nieco ligę amerykańską z naciskiem na Orlando.

Zacznijmy może od rzeczy ważnej, bo może uchronić wasze portfele przed niepotrzebnym wydatkiem. MLS bardzo przypomina polską T-Mobile Ekstraklasę, ale jeśli znacie zasadę "u buka polskiej nie obstawiam" to pomyślcie sobie, że istnieją ligi, w których poziom trudności jest jeszcze większy. Patrząc na wyniki poprzedniego sezonu, w którym wicemistrz konferencji wschodniej i późniejszy finalista rozgrywek - New England Revolution w rundzie zasadniczej miał na koncie więcej porażek niż przedostatnie w grupie Chicago Fire wniosek nasuwa się sam: łatwiej trafić czwórkę w totka, niż wynik w MLS. Zresztą, sami spójrzcie na statystyki poprzedniego sezonu.

Czego więc możemy spodziewać się po Orlando? Awans do fazy play-off wywalczy 6 zespołów, z czego tylko 2 dostaną się bezpośrednio do ćwierćfinału, a pozostałe zagrają w barażach uznawanych za 1/8 finału. Według mnie znacznie silniejsza jest konferencja zachodnia - Lwy grając we wschodniej mają spore szanse na sprawienie niespodzianki. Oprócz tak naprawdę przeciętnego New England, w tej grupie wyróżnia się jedynie Toronto FC, które dzięki licznym wzmocnieniom ma nadzieję uniknąć blamażu z poprzedniego sezonu i New York RedBulls, jednak bez Thierry'ego Henry'ego nie będzie to ten sam zespół. Dwójka kopciuszków, czyli główni bohaterowie tekstu i New York City FC na tle rywali wypadają bardzo solidnie. Awans do play-offów powinien być głównym celem Orlando, dzięki któremu klub z południowego wybrzeża mógłby szybko zyskać większy rozgłos i sporą rzeszę kibiców. Trzeba jednak pamiętać, że jest to drużyna zupełnie nowa, niedoświadczona i niezgrana co może rzutować na grze i wynikach Lwów. Mimo wszystko już w meczu pierwszej kolejki przeciwko NYC FC mogliśmy zauważyć, że gospodarze są na dobrej drodze do zostania rewelacją rozgrywek. No, przynajmniej przejawiają ku temu predyspozycje.

Spotkanie zapowiadało się niezwykle ciekawie. Obydwa kluby zupełnie inaczej skompletowały kadrę. Poza draftem do Nowego Jorku ściągano zawodników doświadczonych, w średnim wieku ze stażem ligowym, natomiast do Orlando przyjeżdżali młodzi, perspektywiczni piłkarze, którzy stawiają pierwsze korki w zawodowym futbolu. New York City zatrudniło również obytego z MLS szkoleniowca, niegdyś mistrza Ameryki z Realem Salt Lake City, podczas gdy Lwy zatrzymały odpowiedzialnego za sukcesy w USL PRO Adriana Heatha. Obie drużyny łączy jednak osoba lidera zespołu: byłego mistrza świata i króla europejskich boisk, w rolę którego wcielili się David Villa (New York) i Ricardo Kaka (Orlando City). W ich grze było widać ogromną przepaść - o ile Kaka był wirtuozem, "stemplował" każdy atak Orlando, to już Villa truchtał gdzieś z boku, w cieniu klubowych kolegów, którzy momentami byli wyraźnie rozczarowani postawą El Guaje. Jeśli Ricardo w dalszym ciągu będzie miał tak duży wpływ na grę Lwów, a przy tym podtrzyma znakomitą formę to szybko podbije serca amerykańskich kibiców.

Strzały Ricardo Kaki (5).

Skoro już jesteśmy przy Kace, to warto zwrócić uwagę na niejakiego Breka Shea. Chłopak, który miał szansę zrobić karierę w Anglii (kilka lat temu kupiony przez Stoke City za 3 miliony euro) ostatecznie wylądował w Orlando, gdzie już w pierwszym meczu zaprezentował się z bardzo dobrej strony. Biegający na boku obrony Shea znalazł wspólny język z Brazylijczykiem i często wymieniał z nimi podania, ta dwójka próbowała zaskoczyć przeciwnika ciekawymi kombinacjami na skrzydle i kilkukrotnie im się to udało. Brek zaprezentował się znacznie lepiej w grze ofensywnej od nominalnego skrzydłowego - Lewisa Neala, który był wyraźnie zagubiony i nie nadążał za tempem gry. Po przeciwnej stronie boiska dobrze spisywał się również Kevin Molino, szybki i dobry technicznie (jak na warunki MLS) reprezentant Trynidadu i Tobago łamał linię defensywy i szukał swoich szans na zdobycie bramki. Dowodem na to, że strzelać potrafi mogą być statystyki z ubiegłego roku: w rozgrywkach USL Pro zdobył 20 bramek, co mimo słabego poziomu tej ligi jest wynikiem naprawdę dobrym i dającym nadzieję na popisy strzeleckie Kevina również w "ekstraklasie". Talentem błysnął również młodziutki Boliwijczyk Carlos Rivas. 20-latek bez większego doświadczenia w zawodowych rozgrywkach robił sporo zamieszania z przodu, pokazał ułamek możliwości i potencjału, który w nim drzemie. Jeśli będzie dostawał regularne szanse może stworzyć zabójcze trio z Molino i grającym na "10" Kaką.

Kontakty z piłką Ricardo Kaki (70) + heatmap.

Dość jednak tego słodzenia - czas na ulubiony element sportowych pismaków: krytyka. Wcześniej wspomniałem o słabym występie Lewisa Neala na skrzydle. Doświadczony pomocnik nie wniósł zbyt wiele polotu do gry Orlando, które zdaje się preferować grę bokami boiska i nie powinien liczyć na miejsce w składzie na kolejny ligowy mecz. Przeciętnie w środku pola zaprezentowali się Amobi Okugo i Carlos Higuita. Obaj zagrali dobrze, ale brakowało im jakiegoś błysku, zagrania, które zapadło by w pamięć. Okugo to typowy defensywny pomocnik, solidnie wykonujący pracę w swoim sektorze boiska, ale w nowoczesnym futbolu należy nieco wykraczać poza średnią, czego on w meczu z New York City nie zrobił. Higuita zagrał słabiej od swojego rodaka Rivasa i zdecydowanie zbyt słabo angażował się w pomoc Kace na połowie rywala. Ricardo ma za zadanie prowadzić grę, jednak większe zaangażowanie ze strony nominalnego ofensywnego pomocnika Higuity mogłoby przynieść znacznie lepsze efekty. Największe pretensje można mieć jednak do linii obrony. Pomijając Shea żaden z defensorów nie wyróżniał się niczym szczególnym, a środkowi obrońcy często popełniali błędy i byli wyraźnie niepewni w swoich interwencjach. Niepokoi zwłaszcza czerwona kartka Aureliena Collina, która była następstwem błędu - niecelnego podania do tyłu, dzięki któremu na czystą pozycję wychodził David Villa. Doświadczony Francuz zdecydował się bardzo pochopnie na agresywne wejście wyprostowaną nogą, którego można było uniknąć. Podstawowe błędy, których trzeba unikać mogą drogo kosztować Lwy z Orlando, zwłaszcza gdy ich rywalem będzie bardziej doświadczony zespół.

Gol Ricardo Kaki w meczu z New York City FC.

Do czego jeszcze można się doczepić? Strasznie irytuje mnie aktorskie zachowanie piłkarzy, którzy przy każdej możliwej okazji szukają podyktowania jedenastki, bądź rzutu wolnego w groźnym sektorze boiska, dlatego za takie zagrania Orlando ma u mnie dużego minusa. Panowie, mniej aktorzenia, więcej grania! W niektórych sytuacjach Lwy zapominały, że są królami zwierząt i padały jak kawki. Efekt? Trzy żółte kartki za symulacje i zaprzepaszczenie szansy na strzelenie bramki. W oczy kuły również straty i niecelne podania, momentami widoczne było słabe zgranie zespołu, jednak to powinno się zmienić w trakcie trwania rozgrywek. Podsumowując, Orlando City to zespół, który zapowiada się naprawdę ciekawie. Być może w krótkim czasie podbije ligę amerykańską, bo pomimo braku gwiazd ich pomysł na grę może konkurować z naszpikowanymi piłkarzami światowej klasy zespołami pokroju Toronto, czy LA Galaxy. MLS nie musi być nudna. Jeśli Lwy będą udoskonalały grę skrzydłami i wprowadzą więcej elementów nowoczesnego futbolu do swojej taktyki, to mogą być klubem, który naprawdę warto śledzić. Przekonałem was? Jeśli nie... cóż, można jeszcze pójść moim śladem i włączyć telewizor dla samego Ricardo Kaki.


Polecamy