menu

Mila powinien wiedzieć, kiedy ze sceny zejść [KOMENTARZ]

23 stycznia 2014, 10:04 | Maciek Jakubski

A nie, jednak nie. Uff... to tylko stała zagrywka Mili i jego menedżera. Schemat co pół roku jest ten sam: najpierw Mila pożali się, że zastanawia się nad swoją przyszłością, chwilę później jego agent Daniel Weber zaczyna rozpuszczać plotki o klubach, które składają oferty kapitanowi Śląska, a na koniec sam zainteresowany ze łzami w oczach mówi, że ze względu na rodzinę i miłość do Śląska zostaje we Wrocławiu.

Sebastian Mila co jakiś czas odchodzi ze Śląska
Sebastian Mila co jakiś czas odchodzi ze Śląska
fot. T-Mobile Ekstraklasa/x-news

Tom Hateley dzisiaj może podpisać kontrakt ze Śląskiem

Dobra telenowela, która jednak prędzej czy później musi się skończyć. Najlepiej teraz, gdy scenarzysta chyba sam nie wie, co ma na myśli. Po pierwsze, fochy Mili można było tolerować, gdy w rundzie strzelał 5 bramek i miał 10 asyst. Był, najkrócej rzecz ujmując, bezcenny dla drużyny. Po drugie, jeśli już pan Weber wymyśla nazwy klubów, które koniecznie chcą dawać wysoką pensję człapiącemu po boisku 32-latkowi, to niech to będą jakieś realne nazwy. Rok temu był Azerbejdżan, gdzie nikt nie słyszał o Mili, teraz jest średnio wypłacalny APOEL. Już widzę, jak klub z Nikozji z radością płaci minimum 20 tysięcy euro facetowi, który jesienią nie potrafił nawet kopnąć piłki w pole karne z wolnego lub rożnego.

Nikt Sebastianowi nie odbierze tego, że jest już legendą Śląska. Trzy medale mistrzostw Polski, masa bramek i asyst sprawiły, że za 20, 50 czy nawet 100 lat, w plebiscytach Mila będzie z pewnością w pierwszej trójce najlepszych piłkarzy Śląska. Pod warunkiem, że skończy kompromitować się, a najlepiej zejdzie ze sceny teraz, gdy kibice mają świeżo w pamięci sukcesy. Mila od chwili podpisania latem nowego kontraktu ze Śląskiem, znacznie obniżył loty. Na boisku zaliczył tylko jedną bramkę i dwie asysty. Stracił wszystkie swoje zalety. Dziś nie potrafi zagrać prostopadłej piłki, nie umie dośrodkować ze stojącej piłki. Osłabia swoją obecnością zespół, który całkiem nieźle radził sobie z Cetnarskim na tej pozycji.

Mila jest słaby na boisku, a jeszcze gorszy poza nim. To nie ten sam charyzmatyczny facet, który przed decydującym meczem z Wisłą poderwał do walki kolegów. Dziś to facet, który potrafi przyjść na mecz Śląska w dresie Valencii i paradować w nim przed kamerami. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, np. Radovicia przychodzącego na Łazienkowską w dresie Sevilli albo Murawskiego na Bułgarskiej w stroju PSG. Mila to facet, który potrafi w wywiadach zachwycać się Legią, choć wcześniej nie pękał przed Sevillą czy Brugge, a półtora roku wcześniej śpiewał niecenzuralne piosenki o drużynie ze stolicy. To facet, który nie umie, w przeciwieństwie do Marco Paixao, wspierać młodych kolegów z drużyny. Nie powie dobrego słowa o Dankowskim czy Misiku, bo liczy się tylko on i jego paczka podstarzałych kumpli. Przykłady zachowania niegodne legendy Śląska można mnożyć, ale po co? Nic to nie zmieni.

Najgorsze jest, że na Oporowskiej Mila ma status świętej krowy. Nikt go nie skrytykuje, nikt nie odbierze mu kapitańskiej opaski. Może robić, co chce. Dres Valencii? Proszę bardzo. Blokowanie młodzieży miejsca w składzie i dzielenie się premiami meczowymi z kumplami? Jak najbardziej. Wizyty w kasynie? A kto bogatemu zabroni! Nadwaga po przerwie świątecznej? Pokażmy grubego Fina, przy nim Sebastian jest szczupły. Wszystko to za skromne 80 tysięcy złotych miesięcznie. Ilu dobrych piłkarzy można mieć za taką kwotę?

Jako kibic Śląska doceniam to, co zrobił Mila. Ale nie chcę czekać 35 lat na kolejne mistrzostwo. Nie chcę też oglądać WKS-u w 1. lidze, a klub z Milą u steru i pozorantem na ławce zmierza właśnie w tym kierunku. Jeśli Sebastian tak bardzo kocha Śląsk i Wrocław, to powinien zrobić to, co cechuje prawdziwych mistrzów. Powinien wiedzieć, kiedy zejść ze sceny. Chce pokopać sobie piłeczkę, niech wyjedzie na emeryturę do Chin czy innych Emiratów. Niech zajmie się komentowaniem Ekstraklasy albo prowadzeniem swojej knajpy. Bo to, co prezentuje na boisku i poza nim, nie jest warte 80 tysięcy z kieszeni wrocławian.


Polecamy