menu

Arka nie zatonęła w Poznaniu. Ciekawy mecz z Wartą na remis

6 listopada 2011, 23:24 | Wojciech Maćczak

Przeciętnie wypadł debiut Jarosława Araszkiewicza na ławce trenerskiej Warty Poznań. Pod wodzą nowego szkoleniowca piłkarze ze stolicy Wielkopolski zremisowali 1:1 z Arką Gdynia. Taki rezultat z pewnością nie satysfakcjonuje żadnej ze stron, bowiem oba zespoły potrzebują zwycięstw, które pozwolą przybliżyć się do czołówki.

Warta Poznań - Arka Gdynia 1:1
Warta Poznań - Arka Gdynia 1:1
fot. Marcin Bukowski

Nowy trener „Zielonych” zdecydował się na kilka zmian w wyjściowej jedenastce. Postawił między innymi na wracających po kontuzjach Artura Marciniaka i Adriana Bartkowiaka, sadzając na ławce rezerwowych Łukasza Jasińskiego czy Alaina Ngamayamę. Największą niespodzianką był jednak brak Piotra Reissa nie tylko w wyjściowej jedenastce, ale nawet na ławce rezerwowych. Wydaje się to dziwne, bowiem swoim doświadczeniem były napastnik Lecha mógłby pomóc zespołowi. Między słupkami po raz kolejny stanął Grzegorz Szamotulski, a na „szpicy” trener Araszkiewicz, podobnie jak jego poprzednik w ostatnich meczach, postawił na Krzysztofa Gajtkowskiego.

Trener Petr Němec postawił natomiast niemal na taki sam skład osobowy, jak w ostatnim spotkaniu z Pogonią Szczecin, z jedną tylko roszadą: pauzującego za kartki Sławomira Mazurkiewicza zastąpił Piotr Kasperkiewicz. Gwoli ścisłości – rosły zawodnik zajął miejsce Tomasza Jarzębowskiego na pozycji defensywnego pomocnika, ten z kolei został przesunięty na środek obrony w miejsce Mazurkiewicza. Te przetasowania to efekt problemów spadkowicza z ekstraklasy z urazami środkowych obrońców, od dłuższego czasu kontuzjowani są bowiem Mateusz Siebert i Omar Jarun. Do meczu z Wartą Arka przystępowała z jednym zdrowym stoperem, Krzysztofem Łągiewką, który w 28. minucie… opuścił boisko z powodu urazu. W jego miejsce wszedł debiutujący w pierwszym zespole gracz rezerw Bartosz Brodziński.

Pierwsza połowa spotkania była niezłym widowiskiem. Dobry mecz, toczony w dość szybkim tempie, mógł podobać się zgromadzonym na stadionie przy ulicy Bułgaskiej kibicom, którzy wyjątkowo licznie przybyli na poznański obiekt. Podziałały wydawane przez Wartę darmowe bilety, spore znaczenie miał również fakt, że na meczu stawili się sympatyzujący z Arką kibice Lecha. Trzeba przyznać, że kibice przyjezdnych, wsparci miejscowymi fanami „Kolejorza” przez cały mecz aktywnie wspierali swój zespół, a skandowane co jakiś czas hasło „gramy u siebie” miało w sobie trochę prawdy.

Na początku meczu lepsze wrażenie sprawiali gracze Warty, którzy ruszyli ze sporym animuszem na bramkę rywala. Poczynania poznaniaków były jednak dość chaotyczne i niedokładne, przez co nie potrafili poważniej zagrozić bramce Marcina Juszczyka. Nad wyeliminowaniem tego mankamentu szkoleniowcy zespołu będą musieli mocno pracować zimą, bo ilość niecelnych podań, niepotrzebnych strat i nieprzemyślanych zagrań w grze Warty jest co najmniej niepokojąca. W początkowej fazie spotkania bardzo aktywny był Bartosz Bereszyński, który biegał, starał się, ale często w jego poczynaniach brakowało właśnie dokładności.

Arka nie zamierzała oddawać pola rywalowi i również starała się atakować. W piętnastej minucie w niezłej sytuacji Mirko Ivanovski został w ostatniej chwili zablokowany przez Krzysztofa Sobieraja. To był sygnał ostrzegawczy dla gospodarzy, który gracze Warty potraktowali bardzo poważnie. Na tyle, że już dwie minuty później prowadzili 1:0 po tym, jak kapitalne zagranie Tomasza Foszmańczyka wykończył niepilnowany Tomasz Magdziarz. Goście zostawili niepilnowanego kapitana Warty we własnym polu karnym i ten błąd miał dla nich spore konsekwencje.

W 21. minucie prowadzenie Warty mógł podwyższyć Foszmańczyk, ale strzał pomocnika z 25 metrów był niecelny. Pięć minut później groźny rajd Jakuba Kowalskiego przerwał Przemysław Otuszewski, wygrywając pojedynek jeden na jeden z rywalem. Pojedynek z Arką był zresztą kolejnym świetnym występem 27-letniego zawodnika, mogącego grać zarówno na lewej stronie, jak i w środku obrony. Wobec problemów Lecha z zestawieniem defensywy może warto, by skauci „Kolejorza” wybrali się czasem na mecz rywala zza miedzy i zorientowali się, jak wartościowych zawodników można tam znaleźć. Ale to już problem Jose Mari Bakero.

Najlepszą sytuację do wyrównania Arka stworzyła sobie w 33. minucie, groźny strzał Ivanovskiego w bardzo dobrym stylu obronił Grzegorz Szamotulski. Chwilę później Macedończyk próbował rajdu lewą stroną, po czym zwolnił, starając się ograć Otuszewskiego. Z pojedynku górą wyszedł obrońca gospodarzy. W 43 minucie kolejną sytuację stworzyła sobie Arka, a konkretnie strzelający niecelnie z ostrego kąta Marcin Radzewicz.

Początek pierwszej połowy okazał się dość nudnym widowiskiem, dopiero około 60. minuty mecz ponownie zaczął nabierać tempa. Pierwsza rzeczywiście groźna sytuacja miała miejsce piętnaście minut po rozpoczęciu drugiej części meczu – przed szansą stanął Ivanovski, ale nie potrafił skierować piłki do bramki Szamnotulskiego. W 63. minucie bardzo dobre podanie z głębi pola otrzymał Magdziarz i próbował zagrać do Gajtkowskiego, tego natomiast uprzedził Jarzębowski. W 68. minucie piłkę do napastnika Warty adresował Foszmańczyk, a akcja zakończyła się skuteczną interwencją Brodzińskiego. W 71. minucie strzelający sprzed pola karnego Ensar Arifović trafił w poprzeczkę.

„Gramy do końca, Areczko gramy do końca” słychać było z drugiej trybuny poznańskiego stadionu na kwadrans przed zakończeniem spotkania. Piłkarze z Gdyni posłuchali wspierających ich fanów i już chwilę później doprowadzili do wyrównania. Z pozoru niegroźny strzał Piotra Kuklisa sprawił sporo problemów Szamotulskiemu, do odbitej przez niego piłki doskoczył Paweł Czoska i skierował ją do siatki. W 87. minucie Warta po raz kolejny mogła wyjść na prowadzenie, gdyby tylko nieco bardziej skuteczny był strzelający głową Marcin Klatt. Chwilę później po dośrodkowaniu Kowalskiego z rzutu wolnego pod własną bramką skutecznie interweniował Otuszewski.

Spotkanie zakończyło się remisem, co z przebiegu meczu jest wynikiem sprawiedliwym. Warta i Arka stworzyły niezłe widowisko ze sporą ilością sytuacji podbramkowych, ale nie zdołały zrealizować swojego celu, czyli zdobycia trzech punktów. Jarosław Araszkiewicz póki co nie odmienił oblicza poznańskiego zespołu, ale chyba tylko niepoprawni optymiści liczyli, że uda mu się to po kilku treningach. Tak naprawdę pracę szkoleniowca mogłaby zweryfikować dopiero runda wiosenna, dlatego dziwna wydaje się decyzja władz klubu o zatrudnieniu go jedynie na trzy mecze, które mają zadecydować o jego przyszłości w Poznaniu. Kontraktowanie szkoleniowca na tak krótki czas mija się z celem, bo w ciągu dwóch-trzech tygodni nie da się naprawić wszystkich błędów. Trener Araszkiewicz potrzebuje czasu i jeżeli kierownictwo oczekuje wymiernych efektów, to musi mu ten czas na pracę dać.


Polecamy