menu

Hiszpania nie jest taka zła, czyli o piłkarzach, którzy zasilili Primera Division (GALERIA)

20 września 2013, 14:24 | Konrad Kryczka

Pisaliśmy niedawno o zawodnikach, którzy w minionym okienku transferowym opuścili Hiszpanię, teraz pora na tych, którzy do La Liga przybyli. Oczywiście, z powodu kryzysu większość klubów nie wydaje ogromnych kwot na nowych graczy, ale i tak kilka ciekawych nazwisk do Primera Division trafiło.

Carlos Bacca
fot. wikipedia commons
Remi Gomis
fot. wikipedia commons
Sidnei
fot. wikipedia commons
Sergio Pinto
fot. wikipedia commons
Josuha Guilavogui
fot. wikipedia commons
Stephane M'Bia
fot. wikipedia commons
Daniel Carvajal
fot. wikipedia commons
Marko Marin
fot. wikipedia commons
Toby Alderweireld
fot. wikipedia commons
Hélder Barbosa
fot. uefa.com
Lisandro Lopez
fot. arsenaldesarandiweb.com.ar
1 / 11

Czytaj także: Żegnaj Hiszpanio, czyli o zawodnikach, którzy opuścili Primera Division


15. Helder Barbosa

To chyba kolejny piłkarz z cyklu "jego kariera nie potoczyła się tak, jak trzeba". Wychowany w szkółce piłkarskiej FC Porto, ale w zespole "Smoków" jakoś nie potrafił się przebić, więc ciągle był wypożyczany do innych zespołów Primeira Liga, gdzie pokazywał się z naprawdę dobrej strony. Udowadniał, że piłka przy nodze mu nie przeszkadza (choć to akurat nie powinno dziwić), że jest szybki i potrafi wkręcać obrońców w ziemię. Najprościej mówiąc, materiał na bardzo dobrego skrzydłowego. Jego umiejętności docenili w końcu działacze Bragi, którzy postanowili dać mu odpocząć od ciągłych wypożyczeń i ściągnęli go na stałe do siebie. Dla Barbosy początki w nowym klubie nie były oczywiście łatwe, ale z czasem zaczął udowadniać, że warto na niego stawiać. W tamtym sezonie grał jednak mniej i stąd zapewne decyzja o wypożyczeniu do Almerii. Kiedyś na portugalskiego skrzydłowego stawiali trenerzy reprezentacji młodzieżowych, dostał nawet szansę debiutu w seniorskiej kadrze Portugalii, teraz Helder Barbosa będzie próbował wywalczyć miejsce w pierwszej jedenastce klubu Primera Division.

14. Carlos Bacca

Sevilla sprzedała w letnim okienku Negredo, więc trzeba było znaleźć kogoś na jego miejsce. Klub ze stolicy Andaluzji postanowił sprowadzić nie jednego, ale kilku napastników. Wśród nich znalazł się Carlos Bacca, czyli król strzelców ligi belgijskiej w ubiegłym sezonie. Kolumbijczyk w Europie nie jest jednak bardzo znanym graczem. Do Club Brugge, swojej pierwszej drużyny ze Starego Kontynentu, trafił na początku 2012 roku, wcześniej występował w swojej ojczyźnie oraz Wenezueli. Tam radził sobie całkiem całkiem, ale to, że ktoś nawet wymiata w ligach rozgrywanych w takich krajach, wcale nie oznacza, że odnajdzie się na europejskich boiskach, choć w Belgii akurat spisywał się dobrze. W Hiszpanii natomiast o występy zwieńczone bramką łatwo nie będzie. Niby technicznie do La Liga pasuje, niby potrafi strzelać bramki, ale i tak trudno uwierzyć w to, że na hiszpańskich boiskach będzie hurtowo ładował bramki przeciwnikom. Mówimy w końcu o piłkarzu dwudziestosiedmioletnim, który tylko 4! razy zagrał w reprezentacji Kolumbii.

13. Remi Gomis

W zeszłym sezonie w Levante nie sprawdził się Dariusz Dudka, teraz zespół z Walencji zasilił inny defensywny pomocnik z doświadczeniem w Ligue 1, a mianowicie Remi Gomis, który akurat całą swoją piłkarską karierę spędził we Francji. Początki jego przygody z piłką to Stade Levallois, w którego barwach mógł odwiedzać stadiony Ligue 2, a przez jeden sezon nawet trzeciej ligi francuskiej, czyli Championnat National. Swoją szansę zaistnienia w Ligue 1 dostał w wieku dwudziestu trzech lat, kiedy to trafił do SM Caen. W klubie z Normandii grał przez dwa lata, zwieńczeniem drugiego sezonu tam spędzonego był...spadek z Ligue 1, jednak sam Gomis za grą w Ligue 2 nie tęsknił, więc skorzystał z nadarzającej się okazji i zakotwiczył w Valenciennes. Tam przez cztery ostatnie sezony rozegrał 121 spotkań ligowych, w których strzelił pięć bramek. Dodajmy jeszcze, że w jako piłkarz SM Caen zadebiutował w reprezentacji Senegalu, dla której jak do tej pory zagrał 17 spotkań. Trzeba przyznań, że CV Gomisa może i nie powala na kolana, ale jest co najmniej niezłe. Levante pozyskało więc zawodnika, który pewnie wielką gwiazdą nie będzie, ale w środku pola może się naprawdę przydać.

12. Lisandro Lopez

Transfer last minute. Do Getafe trafił dwudziestoczteroletni Argentyńczyk, który jak do tej pory grał tylko w swojej ojczyźnie. Do zespołu z przedmieść Madrytu jest co prawda wypożyczony z Benfiki, ale do portugalskiego klubu trafił na początku lipca i w jego barwach jeszcze nie zadebiutował. Można niby mówić, że jeżeli chłopak byłby rzeczywiście utalentowany, to do Europy trafił by nieco szybciej, ale nie powinniśmy zapominać, że Lopez ma na swoim cztery rozegrane spotkania w reprezentacji Albicelestes. Swoją drogą, Benfica też nie płaciłaby za byle jakiego defensora czterech milionów euro. Dodajmy jeszcze, że jego pozyskaniem było zainteresowanych kilka klasowych zespołów (np. Milan), a sam Argentyńczyk potrafi nie tylko dobrze grać w defensywie, ale także odnaleźć się w polu karnym rywali (w lidze argentyńskiej debiutował w 2009 roku i od tamtej pory strzelił w niej 19 bramek).

11. Sidnei

Następny piłkarz, który do La Liga jest tylko wypożyczony. I trzeba przyznać, że w tym przypadku trochę dziwne jest , że sam zawodnik definitywnie nie zmienił barw klubowych. Dlaczego? Ponieważ w Benfice go już raczej nie potrzebują. Bo jak inaczej określić sytuację gościa, który w poprzednim sezonie nie zaliczył żadnego meczu w Primeira Liga? W Lizbonie ostatnimi czasy Sidnei był raczej graczem występującej w drugiej lidze portugalskiej drużyny rezerw. A pomyśleć, że kiedy trafiał do Benfiki był uznawany za wielki talent. Ktoś, kto w przyszłości może zostać obrońcą reprezentacji Brazylii. W końcu nie codziennie "Orły" wydają 7 milionów euro na niespełna dziewiętnastoletniego stopera. I z pewnością by tyle nie wydali, gdyby wiedzieli, jak w ich barwach będzie się prezentował Brazylijczyk. Od kiedy przybył do drużyny w połowie 2008 roku, zaliczył tylko 45 gier na poziomie Primeira Liga. Można oczywiście powiedzieć, że miał rok przerwy w reprezentowaniu Benfiki, kiedy to został wypożyczony do Besiktasu, ale tam też furory nie zrobił (w lidze tureckiej zagrał tylko 10 meczów). Teraz Sidnei będzie się próbował odbudować w Espanyolu i tak się tylko zastanawiamy, czy obrońca, którego głównym atutem jest siła, poradzi sobie w Primera Division.

10. Segio Pinto

Kolejny defensywny pomocnik, na którego zatrudnienie zdecydowali się włodarze Levante. Kolejny, za którego nie trzeba płacić. Kolejny o sporym doświadczeniu. Sergio da Silva Pinto, czyli zawodnik o... dość ciekawym przebiegu kariery. Piłkarz urodzony w Portugalii, tam stawiał pierwsze piłkarskie kroki, ale jako nastolatek wyjechał z rodziną do Niemiec. Tam zaczynał w TuS Haltern, aby wkrótce trafić do Schalke, gdzie kontynuował juniorską karierę. W barwach "Królewsko Niebieskich" zdołał nawet zadebiutować w Bundeslidze, ale generalnie nikt w Gelsenkirchen nie łączył z nim planów na przyszłość, więc Sergio Pinto musiał poszukać dla siebie "troszeczkę" słabszego klubu. Trafiło na Alemannię Akwizgran. Tam grał przez trzy lata zarówno w drugiej, jak i pierwszej lidze niemieckiej, by w końcu przenieść się do Hannoveru, gdzie zaczął udowadniać, że jest z niego naprawdę solidny gracz, zwłaszcza jeśli występuje jako defensywny pomocnik. W sześć lat rozegrał dla tego klubu 160 meczów ligowych, strzelając przy tym 19 bramek. Wynik naprawdę dobry, więc nieco dziwi, że Sergio Pinto postanowił opuścić Hanower. A może zatęsknił za ojczyzną? Co prawda, został teraz graczem klubu hiszpańskiego, ale z Walencji do Vila Nova de Gaia, gdzie urodził się piłkarz, jest jednak bliżej niż z Hanoweru.

9 Kevin Gameiro

Wspominaliśmy już, że Sevilla po odejściu Negredo musiała uzupełnić braki w ataku, więc ściągnęła kilku napastników. Jednym z nich był Bacca, którego już w tym artykule wymieniliśmy, innym jest Gameiro, za którego trzeba było zapłacić PSG około 7.5 miliona euro. Jest to jednak klasowy atakujący, więc nie powinno dziwić, że tyle kosztował. Dwudziestosześciolatek ma na swoim koncie 209 meczów i 76 bramek w Ligue 1, co jest wynikiem naprawdę niezłym. Najlepsze wrażenie w lidze francuskiej robił, kiedy występował w Lorient, później za ogromne pieniądze trafił do PSG, ale tam jakoś do końca nie zdołał się zaaklimatyzować. Nie to, żeby w drużynie z Paryża grał słabo czy nie strzelał bramek, bo do siatki rywali w 59 meczach ligowych trafił 19 razy, ale tym jego występom czegoś brakowało. Teraz piłkarz, który osiem razy wystąpił w reprezentacji Francji, po raz pierwszy będzie miał szansę udowodnić, że jest w stanie zdobywać gole nie tylko w ojczyźnie.

8. Josuha Guilavogui

I znów zawodnik z ligi francuskiej. Piłkarz, który w lidze francuskiej był zaliczany do czołówki defensywnych pomocników. Kiedy debiutował w Ligue 1 miał 19 lat i od tamtej pory rozegrał w najwyższej klasie rozgrywkowej we Francji prawie 100 spotkań. Dysponujący świetnymi warunkami fizycznymi, bardzo silny, nie mający problemów z bieganiem za przeciwnikiem przez 90 minut, a do tego myślący na boisku. I nie należy do defensywnych pomocników, którzy potrafią tylko przeciąć podanie czy odebrać przeciwnikowi piłkę. A i ma niespełna dwadzieścia trzy lata, więc jest spora szansa, że jeszcze się rozwinie. Zresztą inaczej Atletico nie dałoby za niego raczej kwoty w granicach 10 milionów euro. Guilavogui z pewnością należy do piłkarzy, których warto w Primera Division obserwować, bo może się okazać, że za jakiś czas ten gość rozwinie się w podobny sposób jak Kondogbia, który przecież do ligi hiszpańskiej trafił z francuskiej, podobnie jak Guilavogui. Do wszystkiego trzeba jednak dojść ciężko pracą, ale tej na boiskach La Liga brakować nie powinno.

7. Esteban Granero

Jedyny piłkarz na liście, który doświadczył już przyjemności gry w Primera Division. I to w barwach dwóch klubów. Najpierw w Getafe, w którym grywał chyba najlepsze mecze w swojej karierze. Później w Realu, którego Granero był przecież wychowankiem. Wiadomo jednak, że chłopakom wyszkolonym w La Fabrica nie jest łatwo przebić się do pierwszego zespołu "Królewskich", więc "El Pirata" musiał najpierw się trochę ograć w innym klubie La Liga, by wreszcie dostać swoją szansę w barwach "Los Blancos". Jednak w naszpikowanym gwiazdami Realu odnaleźć się nie potrafił. Miewał tam występy lepsze, miewał też gorsze. Brakowało mu stabilizacji i... chyba umiejętności, by zaistnieć w klubie z Madrytu. Dla Granero Real był chyba zbyt galaktyczny. Wychowanek "Królewskich" to piłkarz świetnie wyszkolony technicznie, dysponujący dobrym podaniem, ogólnie dobrze czujący się w środkowej strefie boiska. Na jego macierzysty klub takie umiejętności były niewystarczające, więc Granero przeniósł się w końcu do Queens Park Rangers, gdzie po powrocie do Premier League budowano niezłą drużynę. Jego zespół po sezonie spadł jednak do Championship, a sam Granero w Anglii jakoś nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Teraz dostał szansę powrotu do wysokiej formy w ojczyźnie, a dokładniej na wypożyczeniu do Realu Sociedad.

6. Stephane M'Bia

Podobnie jak Granero zawodnik tylko wypożyczony z Queens Park Rangers. I tak samo jak Hiszpan furory w Anglii nie zrobił. Bierzemy poprawkę na to, że QPR silną drużyną nie było, jednak od zawodnika pokroju M'Bii, nawet mimo gry w słabym zespole, oczekujemy lepszej gry. To w końcu gracz, o którym mówiło się, że jest stworzony, by grać w Premier League. Ma przecież świetne warunki fizyczne, jest bardzo silny, nieustępliwy, waleczny... czyli idealny do czyszczenia w środka pola. Na Wyspach mu się jednak nie powiodło, ale trzeba pamiętać, że przed wyjazdem do Londynu świetnie prezentował się w lidze francuskiej. W Ligue 1 rozegrał 174 spotkania, będąc przy tym jednym z najlepszych defensywnych pomocników tych rozgrywek. M'Bia to także ważny punkt reprezentacji Kamerunu, dla której zagrał prawie 50 meczów. W nadchodzącym sezonie będzie miał za zadanie zastąpić w Sevilli Geoffreya Kondogbię, który odszedł do Monaco. Zadanie trudne, ale Kameruńczyk będzie musiał dawać z siebie wszystko, jeśli chce, żeby klub z Andaluzji wykupił go z Queens Park Rangers.

5. Daniel Carvajal

Już raz to w tym tekście poruszyliśmy: wychowankom Realu nie jest łatwo przebić się do pierwszego składu. Zazwyczaj wędrują oni na wypożyczeniach w słabszych klubach, aby tam się ograć. Z Carvajalem było podobnie, z tą różnicą, że on został od razu sprzedany z możliwością odkupienia go przez "Królewskich". Jego nowym klubem stał się Bayer Leverkusen i po upływie roku trzeba przyznać, że przenosiny prawego obrońcy do Niemiec to strzał w dziesiątkę. Carvajal jako piłkarz Castilli czy młodzieżowych reprezentacji Hiszpanii był bardzo ceniony za bycie bardzo ofensywnym skrajnym obrońcą. Wybaczano mu więc błędy w defensywie, chwaląc przy tym jego grę w ataku. Pobyt w Leverkusen trochę to zmienił. Hiszpan w Bayerze musiał zacząć grać lepiej w obronie, bo po prostu z tego głównie go rozliczano. Oczywiście nadal nie jest to piłkarz, które idealnie gra w defensywie, ale i tak w jego zachowaniu w obronie widać poprawę. W ofensywie chyba także wygląda lepiej. Nic więc dziwnego, że jego pobyt w Niemczech eksperci oceniali bardzo pozytywnie, jego samego wymieniano w gronie najlepszych prawych obrońców ligi niemieckiej. "Bild" umieścił nawet Hiszpana w jedenastce sezonu Bundesligi. Nikogo nie mogło więc dziwić, że wrócił do Madrytu, gdzie o miejsce w składzie walczy z Alvaro Arbeloą.

4. Marko Marin

Urodził się w Jugosławii, lecz dorastał w Niemczech, gdzie zwiększył większość piłkarskiej kariery, popróbował trochę angielskiego futbolu, a w jego grze da się zauważyć finezję rodem z Hiszpanii. Teraz Marin będzie mógł zweryfikować, na ile jego styl jest hiszpański w najlepszym do tego miejscu, czyli w La Liga. W Niemczech radził sobie dość dobrze, w Anglii natomiast zbyt wielu szans nie dostał, teraz będzie się starał podbić Hiszpanię. A wydaje nam się, że właśnie ze względu na swój styl gry na boiskach Primera Divison powinien dawać radę. Jest przecież bardzo szybki, świetny technicznie, efektywny i efektowny w dryblingu oraz, co najważniejsze, bardzo inteligentny. Polscy kibice powinni bez problemu sobie przypomnieć, jak obrońcy Śląska radzili sobie (czy też raczej nie radzili) z Marinem podczas meczu w Sewilli. Jakby jednak ktoś miał problemy z pamięcią, podpowiadamy: Niemiec wziął defensorów z Wrocławia w takie obroty, że mogli się oni czuć, jakby ktoś zakręcił nimi za mocno na karuzeli. W La Liga ma oczywiście "ciut" trudniej, aby wygrywać pojedynki z obrońcami rywali, ale i tak jesteśmy zdania, że Marin, który z Chelsea jest tylko wypożyczony do Sevilli, może w tym sezonie błyszczeć na hiszpańskich boiskach.

3. Toby Alderweireld

Belgijski stoper, który w Jupiler League nigdy nie zagrał. Od 2004 roku bowiem był szkolony w Ajaksie, a skoro Holendrzy ściągnęli go do siebie, to musiał w sobie coś mieć. W Eredivise zdołał zadebiutować, zanim skończył dwudziesty rok życia, a niedługo potem był już podstawowym obrońcą klubu z Amsterdamu. W tym momencie ma 24 lata i ponad 120 spotkań rozegranych w lidze holenderskiej, co jest naprawdę dobrym wynikiem. A dołóżmy do tego jeszcze mecze w innych rozgrywkach, a także występy w reprezentacji Belgii, w której zadebiutował w 2009 roku. W parze z dużym doświadczeniem idą także olbrzymie umiejętności. Alderweireld jest dosyć wysoki i silny, dobrze radzi sobie w defensywie, ale jest również bardzo chwalony za umiejętność wyprowadzenia piłki. Nas, jeżeli chodzi o grę Belga w obronie, ujęły dwie rzeczy. Po pierwsze, rzadko łapie żółte kartki. Zdaje się, że jego średnia w Eredivisie oscyluje w granicach jednego żółtego kartonika na dziesięć spotkań. Po drugie, Alderweireld ma w swoim polu karnym taką "ostatnią interwencję". Ciężko zliczyć, ile razy ratował swoją drużynę od straty gola, wybijając piłkę z linii bramkowej, czy w ostatniej chwili wygarniając futbolówkę spod nóg szarżującego rywala. Do Atletico trafia więc obrońca pełną gębą i wcale byśmy się nie zdziwili, gdyby niedługo zaczęto go zaliczać do najlepszych stoperów La Liga.

2. Neymar

Największa gwiazda brazylijskiego futbolu w końcu zawitała do Europy. Oczywiście Neymar musiał trafić do wielkiego klubu, a że jednym z największych na świecie jest Barcelona, to przenosiny Brazylijczyka do "Dumy Katalonii" niczym zaskakującym być nie powinny. A przecież pamiętamy, że dwudziestojednoletniego piłkarza widział u siebie także Real Madryt i pewnie szereg innych klubów z europejskiego topu. Do wyboru, do koloru.

W Europie Neymar z pewnością będzie musiał się przestawić na trochę inny styl gry. Nie chce nam się bowiem wierzyć, że w La Liga będzie ośmieszał obrońców tak, jak w Brazylii, gdzie reprezentant Canarinhos mógł się bawić, jak tylko chciał, z zawodnikami innych drużyn. Zachowywał się trochę tak, jakby był na placu zabaw. Często jego zagrania były tylko sztuką dla sztuki, nie dawały zupełnie nic drużynie. Neymar był takim dużym dzieckiem. Choć z drugiej strony, trudno mu się dziwić. Mówimy w końcu o piłkarzu nienagannym technicznie, bramkostrzelnym, dysponującym fenomenalnym dryblingiem, bardzo szybkim, mającym taką lekkość w grze, której może mu zazdrościć większość piłkarskiego świata. Napisaliśmy, że w Primera Division nie będzie mu tak łatwo jak w Brazylii i... teraz się nad tym zastanawiamy. Bo ile hiszpańskich zespołów ma obrońców na tyle klasowych, że są oni w stanie zatrzymać Neymara? Chyba niewiele. Zresztą, podczas Pucharu Konfederacji Brazylijczyk udowodnił, że niestraszni mu najlepsi defensorzy na świecie.

1. Gareth Bale

Długi czas musiał drapać się po głowie Cristiano Ronaldo, zastanawiając się, czy jeszcze jest najdroższym piłkarzem na świecie czy już może nie. Zresztą chyba cały piłkarski świat się nad tym zastanawiał. I chyba zastanawia się do tej pory, bo cały czas w kontekście transferu Garetha Bale'a do Realu pojawiają się dwie kwoty: 91 i 100 mln euro, więc nie ma się co dziwić, że ludzie są skonfundowani, bo już nie wiedzą, kto jest najdroższym zawodnikiem w historii.

Transfer Bale'a to także zakończenie męczącej już wszystkich telenoweli, której scenariusza nie powstydziliby się południowoamerykańscy scenarzyści. Bale chce odejść do Realu, Tottenham się nie zgadza, Walijczyk zaczyna kombinować, jak by tu wylecieć z Londynu jak najszybciej, w międzyczasie jest niby kontuzjowany, w co trudno uwierzyć, w mediach przewijają się coraz bardziej nierealne kwoty transferowe, aż w końcu wszystko kończy się happy endem i Bale zostaje graczem Realu, tylko że ma "lekkie" zaległości treningowe. Koniec końców, wszyscy są zadowoleni. Bale, bo będzie grał w Madrycie, Perez, bo wydał kosmiczne pieniądze na galaktycznego piłkarza, i Levy, bo mimo że stracił świetnego zawodnika, to sprzedał go za takie pieniądze, jakich pewnie nigdy już nie dostanie za jednego gracza. Od walijskiego skrzydłowego w Madrycie oczekuje się dwóch rzeczy. Po pierwsze, że będzie marketingowym strzałem w dziesiątkę. To jest jednak pewne jak amen w pacierzu. Po drugie, że będzie w stanie zapewnić Realowi sukcesy sportowe. To już zadanie trudniejsze, ale czego innego oczekiwać od gracza, za którego płaci się tak ogromne pieniądze?


Polecamy