menu

Zimą warto wybrać się na zakupy. Jedenastka najlepszych transferów ostatnich lat [GALERIA]

28 stycznia 2016, 14:14 | Konrad Kryczka

Jesteśmy w trakcie niezwykle ciekawego okienka w polskiej lidze. A przecież zazwyczaj wiele dzieje się latem - zima powinna służyć głównie uzupełnieniu braków. Przyjrzeliśmy się więc transferom z poprzednich pięciu zimowych okienek (2011-2015) i stworzyliśmy naszą jedenastkę.

Maor Melikson (Hapoel Beer Sheva – Wisła Kraków, 2011, 700 tys. Euro) – symbol zimowych transferów Stana Valckxa w Wiśle. Nieznany szerszej publiczności, ściągnięty za niezłe pieniądze okazał się facetem przerastającym ligę. Niezwykła dynamika, przyzwoity drybling, kapitalne podania i świetna boiskowa orientacja – aż dziw bierze, że przy takich atutach nie zrobił większej kariery. Z Wisły wyjechał do Francji, aby później wrócić w rodzinne strony.
fot. MONIKA WIEJA-BACZYŃSKA
Łukasz Teodorczyk (Polonia Warszawa – Lech Poznań, 2013, 125 tys. euro) – dzisiaj zawodnik walczący o miejsce w kadrze na Euro 2016, a także zarabiający poważne pieniądze w Dynamie Kijów. Zimą 2013 – kiedy zmieniał Polonię na Lecha – był natomiast budującym swoją markę ligowcem. Jego początki w Poznaniu nie były może najlepsze (wiosną 2013 zdobył tylko jedną bramkę w lidze), ale z czasem pokazał, na co go stać. W kolejnym sezonie trafił 20 razy w Ekstraklasie i latem 2014 przeniósł się na Ukrainę, dając zarobić Lechowi około 4 milionów euro.
fot. Grzegorz Dembiński
Semir Stilić (Gaziantepspor – Wisła Kraków, 2014, za darmo) – doskonały wyznacznik poziomu naszej ligi. W Polsce (już od czasów gry w Lechu) Stilić to bowiem uznana marka. Rozgrywający obdarzony świetną lewą nogą (prawa do tramwaju), którego znakiem rozpoznawczym są „no-look passy”. Jeżeli natomiast chodzi o mocniejsze ligi, to – mówiąc eufemistycznie – Bośniak nie powalił tam nikogo na kolana. Dlatego też Stilić wrócił do Polski, gdzie mógł się odbudować i ponownie poczuć, co to znaczy być gwiazdą. A jak już mu się to udało, wyjechał na Cypr.
fot. Grzegorz Dembiński
Gerson (SV Kapfenberg – Lechia Gdańsk, 2015, 250 tys. euro) – w potoku ściąganych przez Lechię zawodników, wśród których wielu można uznać za piłkarski szrot, Brazylijczyk okazał się prawdziwą perełką. Gerson pokazał, jak w dzisiejszych czasach powinien grać środkowy obrońca, i niemal z miejsca wskoczył do pierwszej jedenastki Lechii. W Gdańsku jest do dzisiaj i – o ile nie męczy go jakiś uraz – nie ma raczej problemu z miejscem w składzie.
fot. Tomasz Bołt/Dziennik Bałtycki
Tomasz Jodłowiec (Śląsk Wrocław – Legia Warszawa, 2013, brak informacji) – jeden z ciekawszych transferów ostatnich lat. Normalnie wątpimy, żeby Śląsk chciał go sprzedać, ale prawda jest taka, że nie bardzo miał wybór. Karta zawodnicza „Jodły” należała bowiem do Józefa Wojciechowskiego (byłego właściciela Polonii Warszawa, w której zawodnik grał przez kilka lat), a ten zgodził się na transfer do Legii. A w niej Jodłowiec jeszcze się rozwinął. W środku pola był niezastąpiony, choć jak było trzeba, grał też jako stoper (w końcu jako środkowy obrońca trafił na Łazienkowską).
fot. Andrzej Szkocki/Polska Press
Ondrej Duda (MFK Kosice – Legia Warszawa, 2014, 300 tys. euro) – w Legii jest od dwóch lat, ale i tak na podstawie tego okresu można byłoby stworzyć ciekawy serial na temat losów Słowaka w Polsce. Zacząć od tego, jak Bogusław Leśnodorski latał po niego helikopterem na Słowację, później pokazać, jak rozgrywający rozwinął się na przestrzeni kolejnych miesięcy, wspomnieć o możliwym transferze rok temu, następnie groźnie wyglądającej kontuzji, letnim zamieszaniu z Interem Mediolan w tle, albańskim kamieniu, a na koniec podsumować ostatnie miesiące…
fot. sylwester wojtas
Dani Quintana (Gimnastic Tarragona – Jagiellonia Białystok, 2013, 10 tys. euro) – w Hiszpanii jeden z wielu, czyli gość, na którego działacze klubów Primera Division (Segunda pewnie też) nie zwróciliby uwagi. W Polsce magik – pan piłkarz, dla którego popisów chciało się przychodzić na stadion. Niesamowita technika, umiejętność znalezienia niekonwencjonalnego zagrania czy wiązania krawatów lewą nogą. Quintana nie pomagał może zbytnio w defensywie, ale prawie wszyscy byli mu to w stanie wybaczyć. W końcu później Jaga zarobiła na jego sprzedaży około 700 tysięcy euro.
fot. Wojciech Wojtkielewicz / Polska Press
Kasper Hamalainen (Djurgardens IF – Lech Poznań, 2013, 410 tys. euro) – można powiedzieć, że zima mocno sprzyja transferowi Fina. Tak jak teraz trafił do Legii, tak samo trzy lata temu przenosił się do Lecha. Wtedy przychodził jako potencjalna gwiazda Ekstraklasy i spełnił pokładane w nim nadzieje. Hamalainen dawał Lechowi naprawdę dużo – niezależnie od tego, na jakiej akurat występował pozycji – choć zdarzały mu się mecze, które praktycznie przesypiał. Bilans ligowych spotkań Fina w „Kolejorzu” wygląda jednak lepiej niż dobrze: 101 występów i 33 bramki.
fot. Grzegorz Dembiński
Deniss Rakels (Zagłębie Lubin – Cracovia, 2014, za darmo) – do Polski trafił jako wielki talent i król strzelców ligi łotewskiej. W naszym kraju (a konkretniej Zagłębiu Lubin) nie potrafił się jednak zaaklimatyzować. Można go było skojarzyć co najwyżej z tatuaży, które zdobią jego ciało, oraz problemów dyscyplinarnych, o których swego czasu było głośno. Łotysz wziął się jednak za siebie i w Cracovii przebył drogę od zera do bohatera. Rakels rozkręcał się z każdym kolejnym miesiącem – jesienią był czołowym skrzydłowym Ekstraklasy, dzięki czemu przeniósł się teraz do Anglii.
fot. Andrzej Banaś/Gazeta Krakowska
Bartosz Bereszyński (Lech Poznań – Legia Warszawa, 2013, 100 tys. Euro) – niezwykle gorący i kontrowersyjny transfer ze względu na kluby, które brały udział w transakcji. I o tyle zaskakujący, iż w Poznaniu „Bereś” był tylko rezerwowym. Okazało się jednak, że w Warszawie mają pomysł na zawodnika. I tak Bereszyński z zawodnika przednich formacji stał się ofensywnie usposobionym bocznym obrońcą. Zmiana pozycji pomogła – „Bereś” wyrobił sobie renomę w Ekstraklasie i do dzisiaj gra w Legii.
fot. Szymon Starnawski / Polska Press
Sergei Pareiko (Tom Tomsk – Wisła Kraków, 2011, za darmo) – był taki czas (nawet dość długi), kiedy włodarze Wisły nie potrafiły sprowadzić bramkarza prezentującego co najmniej przyzwoity poziom. W końcu do Krakowa przybył Pareiko, który wiele razy pokazał, co to znaczy „wybronić drużynie mecz”. Estończyk, który zakończył już karierę, nie był jednak w stanie utrzymać wysokiego poziomu w dłuższej perspektywie i po dwuipółrocznym pobycie opuścił Kraków.
fot. Wojciech Matusik / Polska Press
1 / 11

Polecamy