menu

Onyszko: Przez to, że grałem w Danii, a nie w Niemczech, czy we Francji, gdzieś tam zostałem zapomniany [WYWIAD]

14 marca 2016, 10:13 | Hubert Zdankiewicz/Polska The Times

Gdy patrzę dziś na młodych piłkarzy, na to jak niektórzy z nich się zachowują, jak trenują - to mogę dojść nawet do wniosku, że byłem wybitny. Jeśli czegoś mi zabrakło, to chyba większej liczby występów w reprezentacji - mówi Arkadiusz Onyszko, srebrny medalista olimpijski z Barcelony.

Arkadiusz Onyszko: Wierzę, że to co mnie spotkało to jakiś boski plan
fot. Sylwester Wojtas (Ekstraklasa.net)
Arkadiusz Onyszko
fot. Grzegorz Sroka
Arkadiusz Onyszko
fot. Grzegorz Sroka (Ekstraklasa.net)
1 / 3

Pana pierwsza książka wywołała skandal. Druga miała być jej kontynuacją?
Tak naprawdę to jest moja pierwsza książka, tylko uzupełniona. Wydawnictwo mnie namawiało. Poza tym wiem, że wielu ludzi w Polsce chciało ją przeczytać, więc postanowiłem wydać ją również w naszym kraju. Oprócz historii, o których opowiadałem w pierwszej wersji, pojawiło się też kilka nowych wątków.

Na przykład?
Na przykład o tym, co mnie spotkało po wydaniu książki w Danii. Jak FC Midtjylland rozwiązał ze mną kontrakt, albo jak miałem przejść do jednego klubu z Anglii [Plymouth Argyle - red.], ale do transferu nie doszło, bo komuś przeszkadzało to, co napisałem o homoseksualistach. Przede wszystkim opowiadam jednak o mojej chorobie, o wszystkich perypetiach z nią związanych, przeszczepie nerki. Chciałem pomóc ludziom, którzy chorują tak jak ja. Dać im nadzieję.

Książka daje chyba do myślenia również zdrowym. Nie wszyscy zdają sobie sprawę jak poważnie był Pan chory.
Dokładnie. Nerki nie wywołują takich emocji, jak serce, a przecież bez nich również nie da się żyć. A przynajmniej nie da się normalnie żyć, bo człowiek musi się dializować. Ta maszyna nie czyści w dodatku organizmu ze wszystkich toksyn. Zostawia m.in. fosfor, a zalegający fosfor wypłukuje z kolei wapń z organizmu. To z kolei niszczy kości. Pamiętam, jak leżałem w szpitalu z jednym małym chłopcem. Od niedoboru wapnia tak powykrzywiały mu się nogi, że lekarze chcieli je amputować. Nerki to taki mądry narząd, że same regulują w organizmie poziom potasu, magnezu i innych pierwiastków. Gdy przestają pracować, zaczynają się problemy.

Nie ma Pan poczucia niedosytu? Po powrocie do Polski spisywał się Pan bardzo dobrze i gdyby nie choroba nerek, to pograłby Pan w piłkę dłużej, trafił do lepszego klubu [Onyszko zdążył nawet podpisać kontrakt z Polonią Warszawa, ale ze względów zdrowotnych nie rozegrał tam ani jednego meczu - red.]. Być może wrócił nawet do reprezentacji...
Być może tak by było. Z perspektywy czasu i mojego wieku uważam jednak, że nic nie spotyka nas w życiu przypadkiem. Wierzę, że był w tym jakiś boski plan, więc tego nie neguję, nie jestem zły. Na początku byłem, ale już mi przeszło. Być taka jest moja rola, by opowiadać ludziom, że można z tego wyjść i żyć, jak zdrowy człowiek...

Jest Pan zdrowym człowiekiem?
Na pewno zdrowszym i szczęśliwszym, niż przy dializach, bo nie muszę co drugi dzień meldować się w szpitalu i tracić czasu, bo zabieg trwa w dodatku pięć godzin. Bez sprawnej nerki jeżeli chcesz gdzieś wyjechać, to musisz sobie najpierw załatwić miejsce, gdzie się tam wydializujesz. Teraz jestem wolny. Oczywiście muszę brać dwa razy dziennie leki przeciwdziałające odrzuceniu przeszczepu, ale to już nie jest duży problem. W każdej chwili mogę jechać na wakacje, iść na siłownię, pobiegać. Po prostu normalnie żyć.

Jak zamierza Pan spędzić to normalne życie?
Spokojnie. Po tym wszystkim, co przeszedłem, chciałbym po prostu spokojnie sobie żyć. Pracuję w Górniku Łęczna [jest tam trenerem bramkarzy - red.], ale przede wszystkim chcę pracować z dziećmi, przekazywać swoją wiedzę, pomagać im prawidłowo się rozwijać. W zasadzie już to robię. W ubiegłym roku zaczęliśmy, razem z moją życiową partnerką, pewien projekt. Akademię sportową pod moim nazwiskiem. Pracujemy z dziećmi od trzeciego do dwunastego roku życia, wyciągamy je sprzed telewizorów (śmiech). To nie jest typowa szkółka piłkarska, bo chodzi nam przede wszystkim o to, żeby prawidłowo się rozwijały. Robimy więc z nimi dużo ćwiczeń ogólnorozwojowych. Do tego dochodzi oczywiście piłka, ale raczej w formie zabawy.

A jeśli któreś dziecko okaże się ponadprzeciętnie uzdolnione?
Będziemy pomagać mu dalej. Dzięki moim kontaktom zawsze możemy je komuś polecić.

Współpracujecie z PZPN?
Na razie nie, ale myślimy o tym. Jesteśmy nowym projektem, bo tak naprawdę działamy dopiero cztery miesiące. W razie czego nie byłoby zresztą problemu, żeby zapewnić zdolnemu dzieciakowi miejsce do dalszego rozwoju, bo gdzie nie spojrzysz, to byli piłkarze zakładają akademie. To jest o tyle fajne, że dzieciaki, które w nich trenują, za dziesięć, piętnaście lat sprawią, że poziom polskiej piłki się podniesie. Takich możliwości jeszcze parę lat temu nie było. Nie mówiąc już o czasach, gdy ja sam zaczynałem grać w piłkę.

Można to w ogóle porównywać?
Nie bardzo, chociaż tak naprawdę jeszcze trudniej miało pokolenie po nas. To, które ma teraz trzydzieści kilka lat. Gdy skończyła się w Polsce komuna skończyła się również pomoc państwowych firm dla klubów, a prywatnych akademii jeszcze nie było. Ludzie nie wiedzieli wtedy, jak to sponsorować, jak prowadzić. Padały kluby, była ogromna korupcja, panowała totalna partyzantka i przez to wiele talentów zmarnowano. Teraz jest zupełnie inaczej. Za kilka lat naprawdę będzie z czego wybierać, a w sporcie najważniejsza jest rywalizacja.

Zaplecze jest dużo lepsze, a co z mentalnością? Powiedział Pan kiedyś, że w Polsce niszczy się indywidualności.
Tak uważam. Praktycznie w każdej drużynie trafia się jeden niepokorny. Ktoś, kto jak wszyscy idą w prawo, to on skręca w lewo. W Midtjyland grał kiedyś Mohamed Zidan, Egipcjanin. To był właśnie taki facet, co zawsze chodził własnymi ścieżkami, na treningach również. Tyle, że nikomu to nie przeszkadzało, bo potem brał na meczu piłkę, kiwał i strzelał bramki. Wszyscy wiedzieli, że nie ma sensu zmieniać go na siłę, bo by zabili tę indywidualność i zespół nie miałby z niego pożytku. W Polsce jest inaczej. Jak piłkarz zagra dobry mecz, to najczęściej słyszymy później, że mu się udało, że koledzy pomogli.

To źle, że chwali kolegów?
Dobrze, niech chwali. Ale niech nie boi się powiedzieć głośno, że dobrze zagrał. Że sam jest dobry. Przecież on ciężko na to pracował. Trzeba być pewnym siebie. Znać swoją wartość.

Nas za to od małego uczy się skromności.
Wydaje mi się, że to kwestia kompleksów. To są zaszłości jeszcze z czasów komuny, pustych półek w sklepach. Zachód był gdzieś za szybą w Pewexie, kolorowy, bogaty. Myśleliśmy, że wszystko co zagraniczne musi być lepsze, a to już dawno i nieprawda.

Mentalność wielu ludzi nadal się jednak nie zmieniła. Trenerów również.
Zgadza się. Mam wrażenie, że niektórzy boją się silnych osobowości. Boją się, że będą podważali ich autorytet. Ale później, jak nie idzie na boisku, to brakuje takich generałów. Kogoś, kto wyjdzie poza ramy. Jest bezczelny i niczym się nie przejmuje. Tacy ludzie ciągną za sobą innych. Ja taki byłem.

W książce wspomina Pan swoją scysję z trenerem z Odense, Brucem Riochem.
Podczas meczu z Silkeborgiem starłem się w sytuacji sam na sam z rywalem, a ten rozciął mi głowę. Straciłem przytomność i na boisko wszedł drugi bramkarz, do niedawna zawodnik Manchesteru United Anders Lindegaard. Bronił bardzo dobrze, wygraliśmy 1:0 i po meczu wszyscy go chwalili. Trener również, za to o mnie nie wspomniał ani słowem. No to następnego dnia powiedziałem podczas odprawy, co o tym myślę. Rioch wyszedł bez słowa i szczerze mówiąc myślałem, że wywali mnie z klubu. A on wrócił po kwadransie i przeprosił przy całej drużynie. Nie stracił autorytetu w oczach drużyny, wręcz odwrotnie. Mega gość i fantastyczny trener.

Pytałem o niedosyt związany z chorobą. A jakby tak spojrzeć na całą Pana piłkarską karierę...
To myślę, że dużo osiągnąłem. Serio. Gdy patrzę dziś na młodych piłkarzy, na to jak niektórzy z nich się zachowują, jak trenują - to mogę dojść nawet do wniosku, że byłem wybitny. Jeśli czegoś mi zabrakło, to chyba większej liczby występów w reprezentacji. Przez to, że grałem w Danii, a nie np. w Niemczech, czy we Francji, gdzieś tam zostałem jednak po drodze zapomniany. Moim zdaniem zasługiwałem na to, żeby przynajmniej dostać jeszcze jedną szansę.

Polska The Times


Polecamy