menu

Jedenastka najgorszych letnich transferów w Ekstraklasie [GALERIA]

30 grudnia 2015, 20:51 | Konrad Kryczka

Wczoraj poznaliście najlepsze - naszym zdaniem - ruchy na letnim rynku transferowym w Ekstraklasie. Teraz należy więc zaprezentować jedenastkę tych, których transfery można uznać za niewypały.

Marcel Gecov (Rapid Bukareszt – Śląsk Wrocław) – patrząc na jego grę, wydaje nam się, że mógłby już sobie darować kopanie i zająć się tylko i wyłącznie swoją drugą pasją, którą jest projektowanie wnętrz. Jego transfer do Śląska wyglądał co prawda na w miarę logiczne posunięcie, w końcu Czech przez jakiś czas miał do czynienia z całkiem poważnym futbolem, tylko co z tego, skoro to było kilka lat temu? Teraz kibice mogli obserwować jednego z najmniej kreatywnych środkowych pomocników w lidze, który – mimo słabej postawy – i tak dostawał kolejne szanse.
fot. Tomasz Hołod / Polska Press
Denis Thomalla (RB Lipsk – Lech Poznań) – szczerze? Nie bardzo chce nam się już znęcać nad tym człowiekiem. Z perspektywy czasu trzeba powiedzieć, że jego głównym atutem przy podpisywaniu kontraktu była znajomość języka polskiego. Co prawda w Austrii strzelał niby nie najgorzej (10 goli dla SV Ried), ale jakie ma to znaczenie, skoro w Polsce nie był w stanie wpakować piłki do siatki w najprostszych sytuacjach?
fot. Waldemar Wylegalski
Neven Marković (Servette Genewa - Lechia Gdańsk) – przez Gdańsk przewinęło się ostatnio tylu gości, że nie wiemy, czy kibice zdołaliby rozpoznać Chorwata na zdjęciu. Być może znają tylko jego nazwisko, które mogą skojarzyć z kiepskawą grą na lewej obronie. W sumie jedyną zaletą Markovicia jest znajomość z Rogerem Federerem, ale akurat to w kontekście boiska nie ma żadnego znaczenia.
fot. Lechia Gdańsk
Rafael Crivellaro (Ajman Club – Wisła Kraków) – niby coś potrafi, niby nieźle wygląda pod względem technicznym, niby zdobył trzy bramki, ale, sorry, to taki typowy gość, któremu zdarzy się kilka przebłysków na całą rundę. Natomiast przez większość czasu irytuje swoją postawą. Kiedy trzeba podać piłkę, to ją holuje, kiedy trzeba wybrać najprostsze rozwiązanie, to szuka kwadratowych jaj, a kiedy trzeba zagrać ostrożnie, notuje głupią stratę, po której rywal wyprowadza kontrę.
fot. Andrzej Banaś/Polska Press
Sebastian Przyrowski (GKS Tychy – Górnik Zabrze) – brać gościa, który niedawno zleciał ze swoją drużyną z I ligi, od początku wydawało się kiepskim pomysłem. W Zabrzu postanowili jednak zaryzykować i szybko zorientowali się, że popełnili błąd. Po pięciu meczach ligowych Przyrowski pożegnał się bowiem z miejscem między słupkami.
fot. Grzegorz Golec/Polska Press
Maciej Korzym (Podbeskidzie Bielsko-Biała - Górnik Zabrze) – Leszek Ojrzyński w 2014 ściągnął go do Bielska, żeby rok później przygarnąć go do Górnika. Widać, że szkoleniowiec wierzy w zawodnika, ale problem w tym, że zawodnik nie potrafi się odwdzięczyć za to zaufanie. Jesienią Korzym zdobył tylko dwie bramki, a przez większość czasu spisywał się fatalnie.
fot. Arkadiusz Gola / Polska Press
Milos Krasić (Fenerbahce – Lechia Gdańsk) – kolejny piłkarz w historii Ekstraklasy, który trafia do niej z pięknym cv, ale później na boisku wygląda, jakby w swojej karierze kopał co najwyżej w okręgówce. W grze Krasicia dało się co prawda zauważyć pojedyncze przebłyski, ale ogólnie mieliśmy do czynienia z obrazem nędzy i rozpaczy. Zarówno pod względem jakości gry, jak i w aspekcie przygotowania fizycznego.
fot. Krzysztof Kapica / Polska Press
Alvarinho (Zawisza Bydgoszcz – Jagiellonia Białystok) – razem z Zawiszą spadł z Ekstraklasy, ale grał na tyle dobrze, iż mógł oczekiwać, że ktoś wyciągnie go z Bydgoszczy. Sam skrzydłowy bardzo na to liczył, więc z wielką radością przeniósł się do Białegostoku, gdzie miał wzmocnić zespół Michała Probierza. Na razie jednak Portugalczyk okazał się transferowym niewypałem. Jesienią „Alvaro” zagrał tylko cztery razy w lidze, z czego w swoim ostatnim meczu (w październiku) został zdjęty z boiska już po 32 minutach.
fot. PAWEŁ RELIKOWSKI/POLSKA PRESS
Mateusz Cichocki (Legia Warszawa – Ruch Chorzów) – w I lidze pograł wystarczająco długo, żeby na poważnie myśleć o Ekstraklasie (kilku spotkań w barwach Legii nawet nie liczymy). W Ruchu dostał sporo szans, prawdopodobnie wiosną otrzyma następne, ale w ogólnym rozrachunku zawiódł. „Cichy” popełnił zbyt wiele prostych i kosztownych błędów. Oprócz problemów z kryciem czy odbiorem piłki, zdążył strzelić samobója i sprokurować rzut karny.
fot. Arkadiusz Gola/Polska Press
Krystian Nowak (Widzew Łódź – Podbeskidzie Bielsko-Biała) – nie był jakąś wielką gwiazdą w I lidze, więc nie spodziewaliśmy się cudów po jego powrocie do Ekstraklasy. Co prawda musimy przyznać, że zagrał kilka naprawdę niezłych spotkań, ale tak naprawdę człowiek szybko zapomina o tych występach, jeżeli przypomni sobie błędy popełniane przez Nowaka. A tych było za dużo – zaczynając od problemów z dogonieniem rywali, na kłopotach z kryciem kończąc.
fot. Grzegorz Jakubowski/Polska Press
Sławomir Peszko (1. FC Koln – Lechia Gdańsk) – do Polski wrócił po to, żeby regularnie i osiągnąć jak najwyższą formę przed Euro 2016. O ile ilość rozegranych minut nie powinna martwić „Peszkina”, o tyle poziom gry już jak najbardziej tak. Reprezentant Polski zalicza się bowiem do najsłabszych i najbardziej bezproduktywnych skrzydłowych ligi. Jesienią ani nie strzelił bramki, ani nie zaliczył asysty, natomiast ciągle irytował swoją postawą.
fot. Aleksandra Sieczka
1 / 11

Polecamy