Bartosz Kapustka: Na dyskotece dostałem lekcję życia. Oberwałem w tył głowy, to nawet nie była bójka [WYWIAD]
- Są jakieś oferty, ale podchodzę do tego bardzo spokojnie. Mam za sobą dobre kilka miesięcy i teraz wypada pociągnąć tą formę. Chciałbym coś jeszcze udowodnić - mówi Bartosz Kapustka, pomocnik Cracovii i reprezentacji Polski.
Czytaj również: Polska wygrała z Niemcami. O igrzyska zagra w Tokio
Kim Pan jest, Panie Kapustka?
Chłopakiem z małej miejscowości niedaleko Tarnowa, który spełnia swoje marzenia z dzieciństwa. Jego życie bardzo się zmieniło, ale próbuje się w tym wszystkim jakoś odnaleźć.
I jak mu idzie?
Chyba daje radę. Ludzie, którzy go znają, pewnie nie zgodzą się z twierdzeniem, że odbiła mu sodówka. Zdaję sobie jednak sprawę, że inni mogą tak właśnie uważać. Przecież sam dał ku temu kilka powodów.
Zawsze był Pan urwisem, ale jednocześnie uczył się Pan bardzo dobrze. Tak słyszałem.
W szkole podstawowej czy gimnazjum miałem naprawdę dobre oceny. W liceum byłem już tylko na papierze. Nigdy nie miałem kłopotów z nauką, zawsze słuchałem co mówią nauczyciele, ale mieszkając w internacie rzadko siedziałem nad książkami. Może czasami, przed jakimiś dużymi sprawdzianami. Zawsze miałem jednak dobrą pamięć. To wystarczyło. Jestem humanistą.
W tym roku zdaje Pan maturę?
Tak. Wiadomo, że będę pisał z języka polskiego i matematyki. Zastanawiam się jeszcze między angielskim i niemieckim oraz ewentualnie biologią.
Pewnie Pan żałuje, że matury nie można zdawać z… hip-hopu!
Muzykę kocham i faktycznie jestem fanem polskiego hip-hopu. Ostatnio na bieżąco jestem z O.S.T.R., którego poznałem nawet osobiście. Zrobił na mnie duże wrażenie. Lubię też Molestę, Kękęgo. Dobra muza działa na mnie pozytywnie. Kiedy mieszkałem w ośrodku treningowym Cracovii to w pokoju z kolegą czasami puszczaliśmy jakiś bit i nawijaliśmy rymy. Freestyle pełną gębą.
W Krakowie jest Pan dziś rozpoznawalny?
Myślę, że tak. Da się to zauważyć. Ludzie do mnie podchodzą, gratulują, proszą o zdjęcie. Jako dzieciak o tym marzyłem. Chciałem być sławnym piłkarzem. Sławny jeszcze nie jestem, ale marzenia pomału stają się faktem. To miłe. Czasami co prawda uciążliwe, ale narzekać nie będę. Poza tym przy ziemi trzymają mnie moi przyjaciele. Od lat mam tych samych. Nie jestem samotnikiem, lubię ludzi i często wychodzę z nimi na gokarty, albo do kina. Przecież nie zaszyję się w mieszkaniu. Po prostu muszę się teraz bardziej pilnować.
Szczególnie na dyskotekach…
Oj, dostałem tam dobrą lekcję życia.
Proszę opowiedzieć co stało się w krakowskim klubie „Frantic”.
Wokół całej akcji zrobił się duży szum, a tak naprawdę nie była to wielka sprawa. Ktoś pisał, że miałem złamany nos. A ja dostałem w tył głowy! To nawet nie była bójka. Znalazłem się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie, padło na mnie i tyle. Wiem kto mnie uderzył, choć całego zamieszania prawie nie widziałem. Całe szczęście, że tę naukę odebrałem teraz. Przynajmniej zrozumiałem, żeby nie pchać się w pewne miejsca.
Od czasu grudniowego incydentu był Pan w klubie?
Nie i pewnie długo nie będę. Zresztą, ja nigdy nie byłem klubowiczem. Nocne życia Krakowa mnie nie pociąga. Chociaż zdaje sobie sprawę, że teraz ludzie mogą myśleć inaczej.
Czego życzył Panu kardynał Stanisław Dziwisz, którego razem z delegacją Cracovii odwiedził Pan niedawno?
Przede wszystkim zdrowia. Cieszył się bardzo, że Cracovia do niego przyjechała. Dostałem nawet mały upominek. Obrazek z Matką Boską. Mam nadzieję, że przyniesie mi szczęście. Kardynał chyba interesuje się sportem, bo zdradził nam, że było mu przykro, gdy Cracovia ograła Podhale Nowy Targ w finale Pucharu Polski hokeja na lodzie.
Powinien życzyć Panu, aby omijały Pana kłopoty.
Może miał to na końcu języka, ale nic takiego nie powiedział. Poza tym sam sobie tego życzę.
W Ekstraklasie zadebiutował Pan w 2014 roku jako dzieciak. Pamięta Pan mecz z Widzewem Łódź?
Miałem wtedy niewiele ponad 17 lat. To był największy stres w moim życiu. Większy nawet niż przed debiutem w reprezentacji. Później pierwsze koty za płoty i poszło z górki, ale tamtego marcowego dnia emocje były niesamowite. Po meczu czułem dumę. Zagrałem przy dużej publiczności w lidze, o której marzyłem. Kolejny sen zrealizowany.
Liga okazała się słabsza, niż się Panu wydawała?
Trochę tak. Dla mnie bardzo ważnym czynnikiem jest to, aby młody zawodnik, który marzy o debiucie, otrzymał szansę. Jasne, musi na nią zapracować, ale bez szczęścia może czekać w nieskończoność. Ja trafiłem na odpowiednich ludzi, miałem ten fart. Z perspektywy czasu widzę, że Ekstraklasa nie jest taka straszna, jak mogła się wydawać, ale na pewno to nie są łatwe rozgrywki. Na fuszerkę nie ma miejsca.
Czy Cracovia w tym sezonie jest w stanie wywalczyć awans do europejskich pucharów?
Stać nas na to, chociaż w szatni ten temat nie jest poruszany. Razem z Piastem Gliwice jesteśmy czarnymi końmi rozgrywek i teraz trzeba udowodnić, że runda jesienna nie była przypadkiem. Mamy fajny zespół z mądrym trenerem, umiemy grać w piłkę. Teraz trzeba to potwierdzić.
Z Panem w składzie? Bo mówi się, że może Pan opuścić Kraków już zimą.
Są jakieś oferty, ale podchodzę do tego bardzo spokojnie. Mam za sobą dobre kilka miesięcy i teraz wypada pociągnąć tą formę. Chciałbym coś jeszcze udowodnić. Dlatego do lata wolę zostać w Krakowie. Po noworocznym treningu powiedziałem zresztą, że skupiam się tylko na Cracovii, ale ktoś źle zrozumiał moje słowa o tym, że „dałbym sobie uciąć rękę” i skomentował to tak, że już mi w głowie transfer. A ja zimą chcę skupić się nie na zmianie klubu, tylko na przygotowaniu do rundy wiosennej.
Oby nie poszedł Pan drogą Mateusza Klicha, Pana kolegi, krajana z Tarnowa, który przez Cracovię wyjechał do Niemiec, gdzie jego kariera na moment praktycznie stanęła w miejscu. I dziś dla Mateusza nie ma miejsca w kadrze.
Matiego znam bardzo dobrze. Często rozmawiamy i wiem, że on z wyjazdu do Wolfsburga wiele wyciągnął. Gdyby mógł, zrobiłby to jeszcze raz. Każdy ma jednak swoją ścieżkę rozwoju. Recepty na udany transfer niestety nie ma. Ciężkie momenty hartują człowieka, więc trzeba przygotować się i na trudne chwilę. Liczę jednak, że podejmę dobry wybór i nie będę go żałował.
Takim było odrzucenie oferty z Legii Warszawa? Większość piłkarzy w Polsce o takiej propozycji tylko marzy.
To było z pół roku temu… Miałem taką możliwość, ale z niej nie skorzystałem. Nawet mój tata polecał mi przyjęcie oferty z Łazienkowskiej, ale postawiłem na swoim. Wybrałem Cracovię. Z perspektywy czasu nie żałuję, bo tu dostałem szansę trenowania z pierwszym zespołem po dwóch miesiącach. W Warszawie czekałbym na to dużo dłużej. Nie wykluczam jednak, że kiedyś jeszcze w Legii zagram. Wszystko możliwe.
A o jakiej lidze zagranicznej Pan marzy?
Uwielbiam oglądać angielską. Podoba mi się też Bundesliga.
Co w tym roku jest w Pana prywatnym rankingu wydarzeniem numer 1?
Mecz z Gibraltarem. To, że w ogóle pojechałem na kadrę było dla mnie wielkim wyróżnieniem, ale przed spotkaniem nie pomyślałem nawet, jak będę cieszył się z bramki, bo w życiu nie wpadłbym na to, że ją strzelę. Zastanawiałem się raczej, jak się nie spalić po ewentualnym wejściu na murawę. A tu nie tylko debiut, ale i gol. Byłem wniebowzięty.
I widzi się Pan z biletem do Francji?
Gdybyś zapytał mnie o to kilka miesięcy temu, pomyślałbym, że zwariowałeś. Ale teraz taka myśl tkwi mi gdzieś z tyłu głowy. Apetyt przecież rośnie w miarę jedzenia. Muszę skupić się na grze w klubie i jeśli dam radę, to wyjazd na mistrzostwa Europy nie jest nierealny.
Jaki jest dla Pana Adam Nawałka? Z boku wygląda tak, jakby otaczał Pana wręcz ojcowską opieką.
Trener zrobił na mnie olbrzymie wrażenie już pierwszego dnia. Poszedłem do niego na rozmowę indywidualną myśląc, że chce sprawdzić kim w ogóle jestem. Byłem przecież tylko młodym chłopakiem z Ekstraklasy. A on wiedział o mnie wszystko. Wskazał mi moje zalety, kazał pracować nad słabościami. Siedziałem z człowiekiem, którego wcześniej widziałem tylko w telewizji, a on znał mnie doskonale. Szok. Trener ma super podejście do zawodników i zdaje sobie sprawę, kto czego potrzebuje.
Często rozmawiacie przez telefon?
Często. Trener dopytuje co u mnie, analizujemy moje mecze. Na początku, kiedy dzwonił, czułem dreszczyk emocji, ale teraz jest już normalnie. Nawałka to facet, któremu nie boisz się powiedzieć prawdy. Przed nim można się otworzyć, rozmowa nie krępuje. Łatwiej być sobą. A ja lubię być sobą, więc w towarzystwie trenera czuję się bardzo dobrze.

















