menu

50 lat zdobycia złotego medalu olimpijskiego na igrzyskach w Monachium '72! - wspomina kapitan reprezentacji Polski Włodzimierz Lubański

10 września, 09:23 | Adam Godlewski

Dzisiaj, 10 września mija 50 rocznica zdobycia złotego medalu olimpijskiego przez piłkarską reprezetację Polski prowadzoną przez selekcjonera Kazimierza Górskiego poczas igrzysk w Monachium 1972. Biało-Czerwoni w finale turnieju olimpijskjiego zwyciężyli drużynę Węgier 2:1, po dwóch golach Kazimierza Deyny w 47. i 66. minucie. Kapitanem reprezentacji Polski był Włodzimierz Lubański, który opowiedział nam o tych pamiętnych chwilach.

Reprezentacja złotych medalistów IO'1972. Od lewej w górnym rzędzie: Zygmunt Anczok, Jerzy Kraska, Kazimierz Deyna, Jerzy Gorgoń, Zygmunt Maszczyk, Hubert Kostka. W dolnym rzędzie od lewej: Zygfryd Szołtysik, Lesław Ćmikiewicz, Zbigniew Gut, Włodzimierz Lubański (kapitan), Robert Gadocha, Ryszard Szymczak
fot. PAP
Piłkarska reprezentacja Polski podczas dekoracji złotym medalem na IO Monachium '72. Rząd górny, od lewej: Jerzy Gorgoń, Hubert Kostka, Kazimierz Deyna, Marian Ostafiński, Jerzy Kraska, Antoni Szymanowski, Robert Gadocha, Zygfryt Szołtysik. W rzędzie dolnym od lewej: Zygmunt Anczok, Włodzimierz Lubański, Zygmunt Maszczyk, Zbigniew Gut i Lesław Ćmikiewicz
fot. PAP
Włodzimierz Lubański na Targach Książki w Krakowie 29 października 2016 roku
fot. Andrzej Banaś
Włodzimierz Lubański z inną legendą polskiej piłki Gerardem Cieślikiem na Stadionie Śląskim 2 marca 2008 roku
fot. Mikołaj Suchan
Włodzimierz Lubański w katowickim Skybarze na konferencji gwiazd Górnika Zabrze 18 maja 2011 roku
fot. Mikołaj Suchan
Włodzimierz Lubański na trybunach stadionu Zagłębia Lubin podczas meczu ligowego z Polonią Warszawa 18 listopada 2011 roku
fot. Piotr Krzyżanowski
Włodzimierz Lubański na Targach Książki w Krakowie, podpisujący swoją biografię "Życie jak dobry mecz" 29 października 2016 roku
fot. Andrzej Banaś
Włodzimierz Lubański z żoną Grażyną
fot. Andrzej Banaś
1 / 8

75 meczów rozegranych w kadrze uznanych za oficjalne i 48 goli. To bilans na tyle imponujący, że pozazdrościć mogą wszyscy – może poza Robertem Lewandowskim – reprezentanci Polski. Oczywiście Włodzimierzowi Lubańskiemu. A warto dodać, że w piłce klubowej uznawany za najbardziej utalentowanego w historii naszego futbolu napastnik wykręcił jeszcze lepsze liczby! W sumie w barwach Górnika Zabrze zdobył 228 goli (we wszystkich rozgrywkach). 7 razy był mistrzem Polski, 6 razy sięgnął po Puchar Polski, 4 razy zostawał królem strzelców ekstraklasy (w sumie 155 ligowych goli), 2 razy był królem strzelców Pucharu Zdobywców Pucharów, w 1970 roku wystąpił z KSG w wielkim finale tych rozgrywek. Wspaniały piłkarz, świetny facet, znakomity rozmówca.

Z czym przede wszystkim kojarzy się panu nazwisko Kazimierza Górskiego?
Z najwspanialszym okresem w mojej sportowej karierze. Przez tych kilka najlepszym lat byłem kapitanem reprezentacji Polski prowadzonej przez trenera Górskiego, i bez cienia przesady mogę ocenić, że dane mi było bronić wówczas barw narodowych razem ze złotą generacją zawodników w naszym futbolu – mówi 73-letni Lubański. – W każdej formacji mieliśmy bardzo dobrych piłkarzy, bez wątpienia europejskiego formatu. A i jako zespół z pewnością zaliczaliśmy się do ścisłej światowej czołówki. Tyle tylko, że gdyby nie pan Kazimierz, nie byłoby ani takiej atmosfery, ani zrozumienia, ani jedności, które wypracował nasz selekcjoner. To był wspaniały, naprawdę wyjątkowy człowiek.

Długo musieliście czekać, żeby tę wyjątkowość trenera dostrzec?
Już pierwszy mecz, wyjazdowy ze Szwajcarami, nie pozostawił wątpliwości, z jaką osobowością mamy do czynienia. Do dziś pamiętam odprawę, także uwagi wygłaszane w przerwie przez spokojnego, wyważonego i bardzo cierpliwego człowieka. Niezwykle ważna dla zespołu i jego wyników była właśnie mądrość pana Kazimierza. I jego chłodny dystans do tego, co działo się na boisku. Kilka lat pracowałem z trenerem Górskim i nigdy nie zdarzyło się, żeby jakoś niezdrowo rozemocjonowany wpadł do szatni, czy zaczął krzyczeć. Wszystko miał konstruktywnie przemyślane. Od pierwszego dnia, poprzez finał olimpijski w Monachium, do mojego ostatniego meczu w jego drużynie, z Anglią w Chorzowie. Przypominam sobie, że w przerwie spotkania, którego stawką był złoty medal igrzysk w 1972 roku, bardzo spokojnie przeanalizował to, co stało się w pierwszej części i na odchodne powiedział nam po prostu: – Panowie, mamy jeszcze drugą połowę, żeby to odwrócić i wygrać. Nigdy niepotrzebnie nie komplikował przekazu, zawsze starał się trafiać do drużyny najprostszymi środkami. I trafiał, przecież wtedy przed drugą połową rywalizacji z Węgrami skutecznie nas zmotywował.

Od początku czuł się pan najważniejszym elementem układanki Górskiego?
Ależ ja nigdy tak się nie czułem! Owszem, łączyły mnie z panem Kazimierzem inne relacje niż zwykle bywają na linii trener – zawodnik, znacznie bliższe, bo rozumieliśmy się niemal bez słów, ale w ogóle nie postrzegałem się w takich kategoriach. Byłem kapitanem znakomitego zespołu i już z tego powodu czułem się autentycznie wyróżniony. Naszą główną siłą był kolektyw, bo trener Górski po mistrzowsku potrafił ułożyć zespół. Bazował na wynikach wielkiego Górnika Zabrze i bardzo silnej Legii w europejskich pucharach, ale w kadrze potrafił zatrzeć klubowe podziały. Sprawił, że nie patrzyliśmy, skąd ktoś przyjeżdża na zgrupowanie, tylko myśleliśmy o wspólnym celu. Dzięki temu tworzyliśmy drużynę z prawdziwego zdarzenia.

Spotkałem się jednak z opiniami, choćby wygłoszonymi przez doktora Janusza Garlickiego, że zespół w tamtym okresie – czyli przed igrzyskami, podczas turnieju w Monachium i w pierwszej fazie eliminacji mistrzostw świata, był układany pod Lubańskiego.
Pode mnie? Nie sądzę, i ja tego absolutnie tak nie odbierałem. Spójrzmy na moich partnerów z boiska – Kaziu Deyna, czy Robert Gadocha, a w późniejszej fazie Grzegorz Lato, to byli topowi zawodnicy w skali świata. A pozostali nie odstawali poziomem. To była naprawdę wielka piłkarska klasa. OK., koledzy wiedzieli, że jestem dobry w strzelaniu goli, mam niezłą technikę użytkową, i dobrze radzę sobie w dryblingach, więc chętnie do mnie zagrywali. Ale to działało w dwie strony. Bo ja także lubiłem – ba, uwielbiałem – grać z Deyną. Zadaniem Kazia było rozgrywanie, co robił fantastycznie, a ja miałem wykańczać akcje. No i dobrze wychodziło mi wywiązywanie się z tej roli. Tylko tyle, i jednocześnie aż tyle.

Trudno powiedzieć, że Górski was szkolił…
…bo szkoleni byliśmy w klubach. To jednak trener Górski potrafił nas bezbłędnie wyselekcjonować i do siebie dopasować. Tak, żeby na boisku wszystko funkcjonowało jak w najlepszym szwajcarskim zegarku. Tyle że dobierał zawodników także pod względem charakterologicznym. To prawda, że pan Kazimierz trafił na wyjątkowe pokolenie, i miał szeroki wachlarz wyboru, ale czerpanie z zasobów bogactwa w sposób właściwy to także wielka sztuka. Owszem, potrafił zdjąć z zawodników presję, potrafił właściwie ustawić taktycznie i nastawić mentalnie, ale wszystko zaczynało się od tego, że do kadry narodowej tworzonej przez selekcjonera Górskiego trafiali ludzie, którzy grali do tej samej bramki. Szanował piłkarzy, ale też wymagał, aby szanowano jego i jego wybory. Czyli wszystkich, których powoływał.

Właśnie dzięki temu tak dobrze rozumieliście się nie tylko na boisku?
My się nie tylko doskonale rozumieliśmy, ale też bardzo lubiliśmy. I z wielką chęcią spotykaliśmy się na zgrupowaniach w tamtym okresie. Gdy przyjeżdżaliśmy na zgrupowanie, zawsze była świetna atmosfera, i dominowała chęć osiągnięcia sukcesu. Trenowaliśmy ostro, ale też i poza boiskiem często rozmawialiśmy, że chcemy wyłącznie wygrywać. Byliśmy cały czas mocno zmobilizowani – kurczę, coś trzeba zrobić, coś osiągnąć, koniecznie wywalczyć jakiś medal! Takie pogadanki to był wtedy nasz chleb powszedni. I norma, bo nikt wśród chłopaków powoływanych przez trenera Górskiego nie odstawał od grupy także jeśli chodzi o poziom ambicji.

Rozmawiał pan o roli kapitana z Górskim? Pytam, bo selekcjonerzy mają różne zdanie i potrzeby w tym względzie. Tymczasem po zasadniczym treningu potrafił pan zarządzić dodatkowe zajęcia. Pan Kazimierz dał zielone światło na takie zachowanie człowieka z opaską?
Rzeczywiście, były takie momenty, że chcieliśmy więcej popracować nad jednym czy drugim elementem. Czujesz po prostu, i czuje to cała grupa, że czegoś brakuje. Pod względem motorycznym albo taktycznym. Od czasu do czasu zdarzało się więc i tak, że powiedziałem po zakończonych przez trenera zajęciach do kolegów: zróbmy to albo tamto, jakieś dodatkowe tempówki, albo dwa okrążenia boiska. Było w tym względzie pełne zrozumienie – a nawet partnerskie podejście – ze strony selekcjonera. Jak chcieliśmy dodatkowo popracować, to nie zabraniał. Podobnie jak nigdy nie narzucał jakichś karkołomnych rozwiązań. Był wymagający, gonił do roboty, ale też rozumiał nasze potrzeby. I zawsze, kiedy tylko było można, starał się im wychodzić naprzeciw…

… czyli był pod tym względem zupełnym przeciwieństwem swego poprzednika, Ryszarda Koncewicza, który wprowadził w kadrze dryl niczym pruski feldfebel. I był przez to nielubiany przez piłkarzy.
Nie porównywałbym w ogóle obu szkoleniowców. Ani ich metod. Bo przede wszystkim inny był materiał ludzki, za trenera Górskiego – i to nie tylko w mojej ocenie – znacznie lepszy. Pan Kazimierz miał z czego wybierać, ale selekcjonował bardzo starannie i bardzo trafnie. Jeden, drugi, trzeci młody zawodnik – bardzo wnikliwie wcześniej obserwowany – wchodził do zespołu, i każdy okazywał się wartością dodaną. Dzięki tym nowym ogniwom, maszyna funkcjonowała coraz lepiej. Selekcjoner był prawdziwym mistrzem, jeśli chodzi o ocenę możliwości kandydatów do gry w reprezentacji. Umiejętności były decydujące, bo trzeba było mieć naprawdę dużą jakość, żeby wejść wówczas do reprezentacji. Ale podczas indywidualnych rozmów pan Kazimierz oceniał także, czy pod względem charakterologicznym taki delikwent będzie dobrym elementem jego układanki. I przykładał do tego naprawdę dużą wagę.

Komunikowaliście się tylko na zgrupowaniach z selekcjonerem?
Rozmawialiśmy często, również poza zgrupowaniami. Telefon służył wtedy jedynie do tego, żeby ze sobą pogadać, oczywiście nie tylko na zawodowe tematy. Przed meczem z Anglią w Chorzowie, który okazał się dla mnie feralny, dzwoniliśmy do siebie praktycznie codziennie. A w zasadzie to trzymaliśmy gorącą linię z selekcjonerem. Trener pytał, jak się czuję, czy będę gotów, czy zechcę zaryzykować. Ale nie tylko. Czasami, zwłaszcza gdy miał problem z obsadą na jakiejś pozycji, pytał mnie o formę innych kadrowiczów. Uważałem, że postawiony w takiej sytuacji, jako kapitan miałem wręcz obowiązek wypowiadać się w zadanej kwestii. I, choć dopiero z czasem, chętnie dzieliłem się z panem Kazimierzem własnymi odczuciami. Tyle tylko, że ja mogłem swoje powiedzieć swoje, a trener Górski zawsze na końcu i tak podejmował decyzję suwerennie; ostatnie słowo zawsze należało do selekcjonera. I było bez szemrania – poza jednym wyjątkiem w meczu z ZSRR podczas igrzysk w Monachium – akceptowane przez zespół.

Do incydentu z Andrzejem Jarosikiem jeszcze dojdziemy. Pierwszy trudny moment pojawił się bowiem w kadrze Górskiego po przegranej w Warszawie z NRF 1:3. Selekcjoner mocno się wówczas zdenerwował?
Niemcy byli wtedy bardzo silnym zespołem i mocno nas pogonili na Stadionie X-lecia. W składzie z Franzem Beckenbauerem, Guenterem Netzerem, Gerdem Muellerem i innymi znakomitościami grali fantastyczny futbol. To była dla nas świetna lekcja futbolu, choć przy tym oczywiście bardzo bolesna. Bez słowa przesady, materiał do wyciągania wniosków dostaliśmy znakomity, bo byli to naprawdę wielcy profesorowie ówczesnej piłki. Zresztą pomeczowa reakcja pana Kazimierza – tradycyjnie, gdyż zdążyliśmy już do tego przywyknąć – nie była nerwowa. Była wręcz bardzo spokojna. Szybko przeszedł do rzeczowej analizy, i niemal natychmiast postawił tezy co musimy zrobić, żeby następnym razem zagrać lepiej z przeciwnikiem z tak wysokiej półki jak Zachodni Niemcy.

Podobno Górski był wówczas o krok od zwolnienia. Bo nie tylko władze PRL, ale i kibice, mieli potraktować to starcie na stadionie X-lecia, jako rewanż na II wojnę światową. Pan też waśnie tak zapamiętał atmosferę dotyczącą spotkania z drużyną NRF?
Nie przesadzajmy! Nawet jeśli coś podobnego miało miejsce na trybunach, czy w gabinetach ówczesnych decydentów politycznych, to do szatni ta zimnowojenna retoryka nie trafiła. Podchodziliśmy pewnie do tej rywalizacji pewnie w sposób szczególny, ale z racji klasy rywala, a nie z pobudek politycznych. A jeśli trafiasz na kogoś, kto jest o klasę lepszy i w sportowej walce możesz się czegoś nauczyć, to musisz z tego po prostu skorzystać! Niemcy przerastali nas jeszcze wtedy pod wieloma względami, ale jednocześnie pokazali, gdzie mamy rezerwy. I nad czym w pierwszej kolejności musimy popracować. Dużo dało nam to spotkanie, później byliśmy znacznie lepiej przygotowani na takie batalie; nie przypominam sobie, żebyśmy jeszcze raz byli tak bezbronni jak wtedy na Stadionie X-lecia. Zresztą rewanż z Niemcami wyglądał już zupełnie inaczej, ponieważ nasza drużyna była o wiele lepiej zorganizowana. Zresztą zanim pojechaliśmy na igrzyska w Monachium, to musieliśmy przejść przez eliminacje. A w nich zmierzyliśmy się z silnymi drużynami, z Hiszpanii i Bułgarii. Dzięki lekcji od NRF, wiele się nauczyliśmy. Na pewno nie baliśmy się konfrontacji w olimpijskich kwalifikacjach, bo wiedzieliśmy, gdzie wówczas na warszawskim stadionie popełniliśmy największe błędy.

Kolejny zakręt wzięliście już we wspomnianym wyścigu o igrzyska, w Starej Zagorze. W Bułgarii przytrafiła się nie tylko porażka, ale i pańska czerwona kartka.
Moja czerwona kartka była totalnie naciągnięta, nie zasłużyłem na to upomnienie. Trudno o inną interpretację niż taka, że sędzia Victor Padureanu z premedytacją chciał osłabić nasz zespół, przecież jako kapitan miałem prawo z nim dyskutować. A zapytałem jedynie, dlaczego podyktował jedenastkę, skoro faul popełniliśmy wyraźnie przed linią pola karnego. Dyskusji z Rumunem jednak nie było żadnej. Jako ciekawostkę mogę natomiast przytoczyć fakt, że po czerwonej kartce usiadłem na ławce rezerwowych; nie przy samym Kazimierzu Górskim, ale naprawdę niedaleko od selekcjonera.

Bardzo dużo było negatywnych emocji w naszym obozie do końca spotkania?
Na ławce nie, jak zwykle obowiązywał spokój, który charakteryzował naszego trenera w praktycznie każdej sytuacji. Za to po spotkaniu, nikt nie ukrywał, że mamy poczucie, iż zostaliśmy skrzywdzeni przez sędziego. I na tradycyjnym pomeczowym bankiecie z zespołem bułgarskim i arbitrami daliśmy Rumunom do zrozumienia, że jesteśmy bardzo nieszczęśliwi. Z tego powodu, że sędzia główny nie potraktował nas sprawiedliwie, w zgodzie z przepisami.

Wyjeżdżając na igrzyska mieliście świadomość skali trudności, jaka czeka was w turnieju w Monachium?
Nie, poziom przeciwników rozpoznawaliśmy w walce, ale my z góry zakładaliśmy, że na olimpiadę jedziemy po medal. I to nie z jakiegoś dowolnego kruszcu, tylko po złoty! Właśnie z takim przeświadczeniem wybraliśmy się do Niemiec, że będziemy walczyć o najwyższy laur. Nawet jeśli nikt w nas nie upatrywał faworyta, za to powszechnie typowano jako zespół, który może sprawić niespodziankę. Drużyna była zmobilizowana maksymalnie, i przygotowana właściwie do takiego wyzwania, jakim były igrzyska. OK., jeden lepiej, drugi gorzej, ale wszyscy chcieliśmy pokazać, że jesteśmy w stanie odegrać główną rolę w turnieju piłkarskim jako drużyna. W eliminacjach pokonaliśmy przecież wspomnianych Hiszpanów i Bułgarów, a więc naprawdę dwa silne zespoły. I to był pierwszy moment takiej świadomości, że możemy rywalizować z najlepszymi jak równy z równym. Okazało się to pomocne o tyle, że na igrzyska pojechaliśmy pełni wiary we własne możliwości.

Czyli nie mieliśmy obaw, że świat może was czymś zaskoczyć?
Dla każdego z nas było to doświadczenie nowe. I trzeba było się z nim skonfrontować, ale spokój pana Kazimierza i jego rozsądek udzielały się i nam. Zwłaszcza w decydujących momentach. Choćby wówczas, kiedy okazało się, że doszło do zamachu terrorystycznego, do wioski olimpijskiej i na wszystkie areny wkradła się panika i nawet organizatorzy nie potrafili zapanować nad chaosem. Zginęło kilkunastu sportowców z ekipy Izraela i długo nie wiadomo było, czy w ogóle rozpoczniemy, a potem dokończymy mecz z najsilniejszym przeciwnikiem jakim było ZSRR. Bo trzeba pamiętać, że to nie była Rosja, tylko wielonarodowy twór jakim był Związek Radziecki. Z najlepszymi Ukraińcami, Gruzinami, i przedstawicielami innych nacji mieszkających w tym ogromnym państwie. Kilka razy schodziliśmy do szatni, żeby po jakimś czasie wznawiać rozgrzewkę; nerwówka była naprawdę olbrzymia. Kluczowy dla końcowego wyniku okazało się – i to nie tylko w moim odczuciu – podejście pana Kazimierza. Selekcjoner za każdym razie niczym mantrę, z charakterystyczną dla siebie flegmą, powtarzał zdanie: – Panowie, wychodzimy na boisko, przygotowujemy się jak zawsze, a potem robimy swoje.

Lubił, gdy odzywaliście się nad odprawach?
Nie przypominam sobie tego. Przed meczami miał w zwyczaju pogadać z zawodnikami, ale chyba jednak nie podczas odpraw. Był kontakt z trenerem, i to bardzo bliski – zarówno przed meczem jak i po rozegranym spotkaniu – ale kiedy przekazywał wskazówki całej drużynie, to wszyscy słuchali. Zwłaszcza że, jak już wspominałem, przekaz miał prosty, powtarzający się, ale zarazem taki, który do nas trafiał. Pan Kazimierz był też mistrzem w rozładowywaniu sytuacji trudnych, a nawet konfliktowych, które musiały się zdarzać w zespole złożonym z młodych facetów, którzy przebywali ze sobą nieustannie – jak miało to miejsce przed igrzyskami – od co najmniej 30 dni. Robił to w łagodny, niezwykle wyważony sposób.

Zdaje się, że w przerwie meczu z Danią mocno sobie w szatni naubliżaliście. A selekcjoner nawet nie zainterweniował…
Zacznę od tego, że wiadomo było, że tego meczu nie wolno przegrać. Tymczasem Alan Simonsen mocno nami pokręcił, rywale zupełnie nas zaskoczyli, i objęli prowadzenie 1:0. Mimo że Kazio Deyna doprowadził do wyrównania, po zejściu do szatni rzeczywiście zaczęliśmy się kłócić, i to ostro. Nawet bardzo. Każdy każdemu wykrzykiwał, co zrobił źle i jak powinien zachować się lepiej. A na dobór parlamentarnych słówek zwyczajnie nie było czasu, więc klimat był daleki od wersalu. Pan Kazimierz słysząc tę naszą awanturę poszedł… pod prysznice. I spokojnie przysłuchiwał się z boku. A gdy już przeczekał największą nawałnicę, i moment najwyższego napięcia, wszedł do nas na ostatnie trzy minuty przerwy. I powiedział po prostu: „Panowie, jak słyszę, już wszystko sobie powiedzieli. I bardzo dobrze. A teraz trzeba wyjść na boisko i wygrać ten mecz.” Nie dolewał oliwy do ognia, bo kto wie, w którą stronę potoczyłaby się dyskusja, i jak rozwinęły emocje. Nic z tych rzeczy. Bezbłędnie wyczuł kulminacyjny moment, i swoją flegmą ugasił pożar. A trzeba było mieć naprawdę nieprawdopodobną intuicję, żeby tak idealnie trafić. I pan Kazimierz to miał. Po przerwie niczym wygłodniałem lwy ruszyliśmy na Duńczyków, i graliśmy już zupełnie inaczej. Co prawda nie wygraliśmy, ale remis pozwalał nam zachować szanse na zajęcie pierwszego miejsca w drugiej grupowej fazie turnieju. Było to nieodzowne, żeby pozostać w walce o złoto.

Górski musiał znajdować balans między panem a Deyną, czyli dwiema największymi swymi gwiazdami?
Ależ my z Kaziem byliśmy zaprzyjaźnieni! Byliśmy dla siebie partnerami, Deyna szanował moje umiejętności, ja szanowałem jego. Zdarzało nam się przegadać poszczególne rozwiązania przed meczem, a potem na boisku mieliśmy bardzo dobrą współpracę. Bardzo lubiłem grać z Deyną, bo miał niesamowite wyczucie. Kaziu umiał w odpowiednim momencie otworzyć grę, dograć z milimetrową dokładnością, wykorzystać sytuację, kiedy jasko środkowy napastnik schodziłem w lewo bądź w prawo, potrafił zakończyć akcję strzałem. To był rozgrywający kompletny, który podawał w sposób absolutnie niekonwencjonalny, proporcjonalny do swojej wielkiej piłkarskiej klasy. W miejsce i w tempie odpowiednich dla kolegi, do którego adresował piłkę. Do mnie rzucał podanie dokładnie wtedy, kiedy wychodziłem na pozycję. Gra z nim była wielką przyjemnością. Zdarzało się nam nawet dzielić pokój na zgrupowaniach. Nie rozmawialiśmy wtedy ze sobą za wiele, ale za to bardzo konkretnie.

Oddał pan wykonanie karnego właśnie Deynie w decydującym momencie rywalizacji z ZSRR. Dlaczego?
Przed meczem to ja w pierwszej kolejności zostałem wyznaczony jako egzekutor jedenastki. Zostałem jednak boleśnie sfaulowany przez Murtaza Churciławę w polu karnym. Łydka bolała mnie tak bardzo, że momentalnie pomyślałem, iż nie będąc w pełni sił, nie powinienem wykonywać tego karnego. Bo mogę zmarnować szansę całej drużynie. Długo nie mogłem się podnieść, a Deyna podbiegł, żeby sprawdzić, co mi dolega. Zatem jeszcze leżąc zakomunikowałem mu swoją decyzję: Kaziu, ty uderzaj! Choć nie bez początkowego oporu, wziął piłkę i szybko zaakceptował mój, czyli kapitana, wybór. Rozumieliśmy się naprawdę bardzo dobrze, więc szybko ogarnął, że w tym momencie ja po prostu mogę nie dać rady. Uderzył silnie i pewnie, tuż przy słupku bramki Jewhena Rudakowa, i doprowadził do wyrównania. Mnie w tamtym momencie naprawdę mogło zabraknąć takiej pewności siebie, więc spontaniczna reakcja o przekazaniu karnego Deynie była najlepszą z możliwych. Nie musiałem tego konsultować z trenerem; pan Kazimierz miał do mnie tak duże zaufanie, że praktycznie w każdym momencie dawał mi możliwość podejmowania decyzji. Wystarczyło więc, że przekazałem pałeczkę Kaziowi.

Tym samym pracował pan na tytuł króla strzelców dla Deyny.
Myśmy wszyscy pracowali dla wspólnej sprawie. Chcieliśmy wygrać igrzyska i decyzja, którą podjąłem, była optymalna dla zespołu. Koniec i kropka. Zresztą kiedy wygraliśmy z Węgrami wielki finał, i zeszliśmy do szatni, to wszyscy mieliśmy łzy w oczach. Wtedy zapytałem kolegów: – Panowie, czy wy sobie w ogóle zdajecie sprawę, czego dokonaliśmy?! Wygraliśmy igrzyska olimpijskie, wielki turniej. To wcale nie jest mały sukces, to jest naprawdę wielkie coś! Czasy były inne niż dziś, prestiż turnieju olimpijskiego także inny, wyższy. Wywalczyliśmy tytuł mistrza w turnieju o zasięgu światowym, a rodacy naprawdę docenili nasz wynik z Monachium. Duma Polaków na całym świecie z tego złota była ogromna, o czym mieliśmy okazję przekonać się w kolejnych miesiącach wielokrotnie.

Zanim jednak doszło do meczu o złoto, był incydent z Jarosikiem w meczu – jak sam pan twierdzi najtrudniejszym na igrzyskach – z ZSRR. Trener Górski zagotował się po odmowie wejścia na boisko, którą usłyszał od napastnika Zagłębia Sosnowiec?
Myśmy o całym zajściu dowidzieli się dopiero po meczu; w trakcie gry nawet do nas nie dotarło, że Andrzej odmówił wykonania polecenia wydanego przez trenera Górskiego. Zresztą trudno, żeby do nas dotarło, skoro pan Kazimierz zareagował po swojemu. Nie zwyzywał krnąbrnego zawodnika, nawet później nie wyciągał jakichś wielkich konsekwencji wobec niego podczas pobytu w Monachium. Tylko po cichutku, spokojnie podjął błyskawiczną decyzję, że w takim razie na boisko wejdzie Szołtys (Zygfryd Szołtysik – przyp. red.). My znaliśmy się z Zygą od lat, graliśmy w klubowej piłce tak, jak ja z Deyną w reprezentacji – na pamięć. Zatem z mojej perspektywy nic lepszego nie mogło się przytrafić w końcówce meczu z ZSRR. Ostatnia bramka na 2:1, strzelona przez Szołtysa była wypracowana z wielkim wyczuciem; po akcji, którą w zasadzie można było przeprowadzić tylko w ciemno. Zadziałaliśmy automatycznie, niczym zaprogramowani, zostawiłem mu piłkę w punkt, a on zrobił z tego najlepszy użytek z możliwych. Strzelił błyskawicznie, poza zasięgiem Rudakowa.

Górski nie zrobił afery Jarosikowi nawet po meczu?
To jest właśnie klasa człowieka, i klasa szkoleniowca. Choć problem był duży i rzadko spotykany, bo to naprawdę niecodzienna sytuacja, że zawodnik odmawia trenerowi wejścia na boisko, nie było zauważalnego zamieszania nawet po meczu. Pan Kazimierz szczęśliwy na pewno z tego powodu nie był, ale nie robił afery, na siłę nie rozdmuchiwał incydentu – wspomina 73-letni Lubański. – Liczyło się przecież przede wszystkim to, że mamy kolejne mecze do rozegrania. Jakikolwiek szum mógł zepsuć atmosferę wokół i w drużynie. Dlatego trener Górski nie zrobił z tego żadnego zagadnienia. I dzięki temu nie zaburzył harmonii, którą wypracowaliśmy podczas turnieju olimpijskiego. Spokój i chłodna, zdystansowana postawa naszego selekcjonera pierwszy, ale wcale nie ostatni raz okazały się na wagę złotego medalu. A że Jarosika już więcej nigdy nie powołał, to zupełnie osobna sprawa.

Kapitańską opaskę dostał pan po wyborach przeprowadzonych według demokratycznych zasad?
Było to zdaje się konsultowane z zespołem, ale decyzja jak zwykle należała do trenera Górskiego. Proponuję jednak zapytać kolegów, czy byli zadowoleni, że to ja zostałem – i byłem przez kilka lat – kapitanem zespołu.

Nie muszę pytać, nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek narzekał. Przeciwnie, koledzy – przynajmniej z dzisiejszej perspektywy – deklarują, że w pełni akceptowali pańską przywódczą rolę.
To dobrze, że nikt nie narzekał. Bo w pewnym momencie na igrzyskach postawili mnie pod presją. Musiałem szybko i zdecydowanie zadziałać w interesie zespołu. Nie wiedzieliśmy, jakie będą premie pieniężne za złoty medal, a w pewnym momencie nabraliśmy już takiego apetytu, że koledzy chcieli poznać wysokość ewentualnych nagród. I wymogli, abym jako kapitan poszedł zapytać o gratyfikacje. Nikt nam takiej informacji nie przekazał, więc zwróciłem się do pana Kazimierza. Trener powiedział mi krótko: – Włodziu, kochany, ja się zorientuję. I chyba po następnym treningu, powiedział mi: – Włodziu, pójdziemy na rozmowę do kierownictwa ekipy. Tylko ty, jako kapitan, i ja. Jeżeli będziemy zadowoleni z tego, co osiągniemy, to kiwniemy do siebie głowami… No to poszedłem z selekcjonerem do prezesa PZPN, pana Nowosielskiego, i pana Reczka z PKOl. Okazało się, że kwota, którą usłyszeliśmy w pełni zadowalała chłopców z zespołów. A w każdym razie nikt nie składał reklamacji na kapitana.

Podobno Górski lubił z panem skonsultować skład. Prawda, czy fałsz?
Konsultacja to chyba za duże słowo, ale faktycznie dyskutowaliśmy na tematy personalne. Czyli konkretnie – kogo widziałbym na danej pozycji w najbliższym meczu. Taka sytuacja miała miejsce przed meczem z Anglią w Chorzowie. Zapytał mnie wówczas selekcjoner, kogo wystawiłbym na prawym skrzydle, bo on sam ma z tym nie lada problem. Grałem wtedy w Górniku z Jankiem Banasiem, który był w świetnej formie. Powiedziałem zatem panu Kazimierzowi, że to nietypowy zawodnik, potrafi zagrać piątą, niekonwencjonalnie zakręcić, więc Anglicy będą mieli kłopot, żeby go skutecznie pokryć. Trener Górski swoim zwyczajem zakończył tę wymianę zdań: OK, pomyślę. W tym przypadku skorzystał z mojej podpowiedzi, która na dodatek okazała się całkiem dobra, bo rola Banasia w meczu z Anglią okazała się bardzo ważna. Janek był przecież zamieszany w pierwszą bramkę dla nas, która padła bardzo szybko i pozwoliła nam później w pełni kontrolować mecz.

Potem, przed rewanżem z Wyspiarzami na Wembley, także podszepnął pan selekcjonerowi personalne rozwiązanie. Słyszałem, że mocno optował pan za wystawieniem w Londynie Jana Domarskiego.
Zapytał mnie wtedy trener trochę szerzej o koncepcję składu, pewnie także z tego, że jako rekonwalescent zupełnie z boku przyglądałem się przygotowaniom do rewanżu z Anglikami. A że bardzo szanowałem pana Kazimierza, więc nie bawiąc się w ciuciubabkę powiedziałem, jak bym widział nasze ustawienie. Zarówno w bramce, jak i na środku ataku. Opowiedziałem się za Jankami – Tomaszewskim, i Domarskim. Panie Kazimierzu, powiedziałem oczywiście niczego nie narzucając, Janek potrafi z piłką biegać szybciej niż bez, jest silny, na Wembley może okazać się niezwykle przydatny. Mam satysfakcję, że intuicja mnie nie zawiodła, i Domarski wywiązał się znakomicie z zastępstwa za mnie. Swoją drogą, choć byłem kontuzjowany, znalazłem się wówczas w ekipie, która poleciała do Londynu; bo trener Górski naprawdę polegał na swoich kapitanach. Nie ma niestety już wśród nas Kazia Deyny, który z pewnością potwierdziłby, że od momentu, kiedy to Kaka przejął opaskę, z nim także pan Kazimierz omawiał takie sprawy.

Wasza relacja z Górskim była jak ze starszym bratem, czy raczej z dobrym wujkiem?
Nigdy tego nie klasyfikowałem w takich kategoriach. Powtórzę, że najważniejsze, iż opierała się na wzajemnym szacunku. Rozmawialiśmy nie tylko o sprawach związanych z boiskiem i w ogóle piłką, tematów nigdy nam nie brakowało. Moja żona i córka, tak się złożyło, są bardzo podobne do siebie. I zawsze trener spotykając nas był na tyle uprzejmy, że twierdził, iż nie może rozpoznać, która to Grażynka, a która Małgosia. To były naprawdę sympatyczne żarty, które podobały się nie tylko mojej żonie. Trenera ocenia się przede wszystkim po wynikach. Bo na tym polega jego robota. Ale przy Górskim zawsze jeszcze trzeba podkreślić, że był to fenomenalny człowiek, który nas połączył w zespół, który był jednym z najlepszych na świecie.

Janusz Jesionek, kierownik Orłów Górskiego, opowiadał mi, że w meczu z Anglią – w którym zresztą strzelił pan gola po fantastycznej akcji – tuż po tym jak doznał pan kontuzji, wyrzucił z siebie złowieszczo: – Boże, może być po karierze…
Tak rzeczywiście było, bo uraz był bardzo bolesny. Momentalnie zacząłem się więc zastanawiać, czy w ogóle będę mógł kontynuować karierę. Ból był okropny, przepotężny. Kolano zatrzeszczało. Zadawałem więc to pytanie i sobie, i głośno. Zagrałem wtedy w zasadzie na własną prośbę, bo nawet nie byłem na zgrupowaniu kadry przed tym meczem razem z chłopakami. Po starciu z Jurkiem Gorgoniem po dodatkowych zajęciach, które zwykliśmy sobie urządzać w Górniku, miałem szwy założone nad kolanem. Dojechałem do kolegów w ostatnim momencie, gdy to szycie przestało przeszkadzać. W treningu nie odczuwałem już bólu, więc pojechałem na zajęcia reprezentacji w Kamieniu. Pan Kazimierz zorganizował grę wewnętrzną, a po niej zapytał: – Jedziesz z nami jutro na Stadion Śląski? Czułem się dobrze, wszystko wyglądało OK., więc odpowiedziałem, że jeśli trener mnie potrzebuje, to chętnie z Anglikami zagram….

Po kontuzji trener Górski kontaktował się z panem?
Kontakt był nieustanny, telefony dostawałem bardzo długo. Nikt nie zdawał sobie jednak sprawy, że uraz okaże się tak paskudny. Długo nie było właściwej diagnozy, nie było dokładnych badań, zabrakło więc również wiedzy, że także więzadło poboczne wymaga naprawy. Gdyby była – zapewne skróciłoby to moje męki. Nie grałem przez cały rok, w trakcie mistrzostw świata – tak przecież udanych dla reprezentacji Polski – przebywałem w Wiedniu na operacji. Siedziałem przed ekranem telewizyjnym i bardzo kolegom kibicowałem. Uraz był tak ciężki, uszkodzenie kolana tak poważne, że musiałem włożyć tyle wysiłku, tyle czasu i tyle pracy, żeby wrócić na boisko, że wystarczyłoby na kilka rehabilitacji. To zresztą cud, że w ogóle wróciłem. A kontakt z trenerem Górskim nie urwał mi się nigdy. Pan Kazimierz lubił bywać na stadionie Polonii, więc dość często spotykaliśmy się na stadionie przy Konwiktorskiej. I nie tylko.

Czemu następcom nie udało się nawiązać do sukcesów Orłów Górskiego?
Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć, choć trzeba zaznaczyć, że w Hiszpanii w 1982 roku podczas mistrzostw świata drużyna Antoniego Piechniczka też osiągnęła piękny wynik. Na pewno jednak nasza generacja była wyjątkowa. Wróciłem na mistrzostwa świata w Argentynie, ale tam już nie było takiej atmosfery jak u pana Kazimierza. Nawet nie chcę się nad tym rozwodzić, tyle razy już poruszano wątek mundialu 1978 roku, że nie ma sensu tego ponownie roztrząsać. Na pewno drużyna była silna, doświadczona, ale nie było takiego klimatu w zespole, żebyśmy mogli wejść na pudło. Koło tego nawet się w Argentynie nie zakręciliśmy.

Czy w polskim futbolu, w pańskiej ocenie, może powtórzyć się czas tak wielkich sukcesów jak podczas kadencji Kazimierza Górskiego?
Życzylibyśmy sobie tego; w każdym razie ja życzę z całego serca. Aby o tym jednak w ogóle myśleć, trzeba spełnić dwa warunki brzegowe. Otóż trzeba mieć materiał ludzki i pełne wzajemne zrozumienie w grupie ludzi, która lubi ze sobą przebywać i potrafi wytworzyć fajny klimat. To recepta na sukces. Kazimierz Górski przebudował zespół po igrzyskach, nie bał się trudnych decyzji, postawił na ofensywny styl, umiał selekcjonować, umiał umotywować, stworzył niepowtarzalną atmosferę. A my mu wierzyliśmy. To on nas pchał do przodu, to on nosił w kieszeni klucz do świetnych wyników, do których doprowadził reprezentację Polski. Byłem jego zawodnikiem, który w ważnych momentach strzelał bramki. I byłem bardzo dumny i szczęśliwy, że mogłem nie tylko grać w zespole trenera Górskiego, ale jeszcze być jego kapitanem. Bo to była wielka, naprawdę niepowtarzalna przyjemność.

Rozmawiał ADAM GODLEWSKI

wywiad zaczerpnięty z fundacjakazimierzagorskiego.pl


Polecamy