menu

Nowa lepsza „dziewiątka” Niemców - Timo Werner nadzieją na mundial

14 maja 2018, 18:45 | Dominik Owczarek

Odkąd Miroslav Klose zakończył karierę, selekcjoner reprezentacji Niemiec musiał wystawiać „fałszywą dziewiątkę” bądź napastników niegwarantujących odpowiedniego poziomu. Odpowiedzią na tę lukę jest 22-letni Timo Werner, który na mundialu ma pokazać, że świat stoi przed nim otworem.


fot. EAST NEWS

Kiedy Mario Götze strzelał gola decydującego o tytule mistrzów świata dla Niemiec, 18-letni Timo siedział z kolegami w restauracji wpatrzony w ekran. Po bramce w dogrywce wyskoczył w geście euforii. Była to kulminacja szczęścia nastolatka ze Stuttgartu. Dopiero co ukończył liceum, w którym często musiał opędzać się od rozdawania autografów i… tłumaczenia się nauczycielom ze swojej gry.

Kilka lat po skończeniu szkoły wspomina, jak bardzo pragnął zwykłego traktowania. Zazdrościł kolegom, którzy nie skupiali na sobie uwagi i nie musieli się tłumaczyć z przegranych meczów. Nawet wtedy dawał znać o swojej normalności, ocierającej się czasem o ascetyzm. Gdy James Milner, obecnie 32--letni, przekonywał na starcie kariery o swojej abstynencji, wielu się dziwiło. Teraz niejeden piłkarz młodego pokolenia przyznaje z rozbrajającą szczerością, że w życiu nie tknął alkoholu. Werner jest jednym z nich.

Obecnie napastnik RB Lipsk ściąga zainteresowanie nie tylko dawnych kolegów i nauczycieli, ale też menedżerów czołowych klubów Premier League, z Liverpoolem i Manchesterem United na czele. Mówi się też o zainteresowaniu Realu Madryt. Nie zawsze było jednak tak kolorowo.

Szybko zdołał poznać trudy zawodu piłkarza, gdy spadł z VfB Stuttgart do 2. Bundesligi. Nie traktowano go jak zwykłego młodziana, lecz od razu rzucono na głęboką wodę. U trenera Bruno Labbadii zadebiutował w Bundeslidze jako siedemnastolatek. Występował również w każdej z niemieckich młodzieżówek, począwszy od U-15.

Wczesny start sprawił, że 22--letni Werner ma już na koncie 155 meczów na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Niemczech. Po spadku błyskawicznie powrócił do Bundesligi. Dołączył do RB Lipsk, drużyny z ambicjami, której udało się wejść na sam szczyt, notując błyskawiczne awanse. Sportowo-marketingowy projekt wywołał szerokie kontrowersje w niemieckim środowisku piłkarskim.

W klubie z rodzinnego miasta wiązano z Wernerem duże nadzieje, ale nadal był brzydkim kaczątkiem ze względu na nieskuteczność. - Zdarzało mi się zbyt długo analizować, jak powinienem się zachować pod bramką. Odkąd wyłączam myślenie w takich sytuacjach, strzelanie przychodzi mi znacznie łatwiej - tłumaczył swoją przemianę.

Dywagacje na temat tego, czy kwota zapłacona za Wernera (10 mln euro) nie była przesadzona, zostały ucięte błyskawicznie. W Lipsku stał się pięknym łabędziem, strzelając 21 goli w przeciągu całego sezonu. Walnie przyczynił się do wicemistrzostwa beniaminka, a wraz z Nabym Keitą i Emilem Forsbergiem obwołani zostali triem mającym kluczowy wpływ na dyspozycję klubu reklamy koncernu produkującego napoje energetyczne.

Werner spotykał się z coraz większym zainteresowaniem klubów, dziennikarzy i ekspertów, ale szła za tym też rosnąca niechęć do klubu ze wschodnich Niemiec. Tradycjonalistyczni kibice nie mogli się pogodzić z tym, że drużyna zbudowana na pieniądzach tak szybko osiągnęła mocną pozycję i zakwalifikowała się do Ligi Mistrzów.

Nic bardziej mylnego. Transfery kluczowych piłkarzy nie miały szans osiągnąć kwot typowych dla obecnych realiów przepłacanych lig. Timo Werner błyskawicznie spłacił kwotę, którą klub za niego zapłacił. RB Lipsk w przypadku transferu może liczyć nawet na sześciokrotną przebitkę, a niewykluczone, że jego wartość wzrośnie jeszcze po mundialu w Rosji.

Jego debiut w reprezentacji przypadł dość późno, bo pod koniec minionego sezonu, w którym prezentował stabilną, dobrą formę. - Był to dzień, którego nigdy nie zapomnę. Debiut w reprezentacji był dla mnie wspaniałym zwieńczeniem mojej pracy - wspominał Werner. Koszulkę z czarnym orłem na piersi po raz pierwszy założył podczas meczu towarzyskiego z Anglią. Partnerował mu Lukas Podolski, dla którego było to jednocześnie pożegnanie z reprezentacją.

Na Puchar Konfederacji 2017 Joachim Löw powołał piłkarzy, spośród których dla wielu mógł to być pierwszy i zarazem ostatni turniej. Werner jechał tam jednak z konkretną misją. Udowodnić selekcjonerowi, że mundial w Rosji to nie są dla niego jeszcze zbyt wysokie progi. Zaledwie trzy miesiące po debiucie został królem strzelców edycji z trzema bramkami na koncie. Strzelił ich tyle samo co koledzy z reprezentacji Lars Stindl i Leon Goretzka, jednak za sprawą większej liczby asyst wyróżnienie przypadło właśnie jemu.

Zbliżający się do końca sezon 2017/18 nie był już tak wspaniały zarówno dla młodego Niemca, jak i dla klubu, który nie wyszedł z grupy Ligi Mistrzów. Symbolem zderzenia się ze ścianą było zejście Timo Wernera po 32 minutach meczu z Beşiktaşem. Kibice tureckiego klubu za sprawą wspaniałej gry swoich piłkarzy osiągnęli niewiarygodną ekscytację, tworząc ogromny tumult.

Przeszkodziło to Wernerowi, który próbował grać w zatyczkach do uszu, ale i to nie pomogło. Prosząc o zmianę, wywołał dyskusje, jak może schodzić z boiska, jeśli hałas na stadionie jest chlebem powszednim dla profesjonalnego piłkarza.

- Odczuwałem skutki kontuzji z finałowego meczu Pucharu Konfederacji. Uraz szyi utrudniał mi oddychanie, nie miałem wcześniej tego typu kontuzji. Hałas w połączeniu z nieustającym bólem sprawił, że nie mogłem się skoncentrować na grze - tłumaczył zajście w rozmowie z magazynem „Four Four Two”.

Sezon poniżej oczekiwań może być dla Wernera ogromną motywacją, by na mundialu udowodnić, że wart jest pochwał, które nadal na niego spływają. - On zdominuje linię ataku w kadrze przez 10 najbliższych lat - powiedział o nim Mario Gomez, napastnik reprezentacji Niemiec i VfB Stuttgart. Werner wymieniał go wcześniej jako swojego idola. Niewykluczone, że po mistrzostwach świata będzie można stwierdzić, że uczeń przerósł mistrza.